Poniżej przeczytać możecie relację z Yestivalu - ogólnoświatowego zlotu fanów Yes w Camden w stanie New Jersey. Krzysiek Kopec, który nadesłał swoje wrażenia był najprawdopodobniej jedynym Polakiem, który się tam znalazł. Relację uzupełnia kilka zdjęć (z NFTE) oraz skany autografów Steve'a Howe'a.
Yestival zostal zorganizowany w hotelu Hilton. Mozna bylo tam dostac
wszystko
co mialo cos wspolnego z YES jak probki z ostatniego Howe'a CD-rom, plakaty,
koszulki, plyty analogowe, nowe i stare. Bylo tam rowniez 3 malowidla Jona
Anderson'a-miedzy innymi byly tam slowa z piosenki "Roudabout", jak rowniez
probki z ostatnich CDs. Na poczatku myslalem ze bylo tam okolo 400 osob ale
niedawno wyczytalem, ze bylo tam z 1000 ale niesadze zeby sala tyle az
pomiescila. Bylo duzo ludzi z roznych stron swiata:Peru, Australia,
Argentina, Anglia. Prawdopodobnie bylem jedynym gosciem polskiego
pochodzenia.Nawet sie nie nudzilo mi. Tak naprawde to zglosilem sie na
ochotnika przy
pomaganiu wywieszaniu plakatow ale jakos obeszlo sie bez tego.
Kiedy dotarlem to hotelu, bylo tam ok. 4 osob, w ciagu godziny tlumy sie
zwalily. To byla sobota(koncert mial byc o godz. 8:00 w
Camden:Blockbuster/Sony Entertainment). Podobno Steve Howe, Chris Squire i
Jon Anderson mieli sie pozniej pojawic(Anderson sie nie pojawil i tak,
podobno wolal zachowac swoj glos na wieczor, czy cos). Na poczatku Geoff
Downes i chyba Peter Banks w padli. Krotkie pytania, no i koniec. Wkrotce
Alan Whites i Bill Sherwood wpadli.
Na koncu Steve Howe i Chris Squire
wpadli i odrazu poczulem atmosfere calego Yestivalu. No i tak, znowu
pytania, odpowiedzi, jedno z nich bylo co zmusilo Steve Howe'a sciac jego
wlosy-jego odpowiedzia bylo uwolnil duzo energii i latwiej prysznic brac.
Chris Squire nie wydawal jakby go Yestival radowal, gosc prawie caly czas
ziewal ale bylo spoko. Szybko sie goscie zmyli i pojechali przygotowac sie
na wieczorny koncert. Steve Howe obiecal wpasc rano w niedziele na pogawedke
jak rowniez Downes z Banks mieli cos razem zagrac. Z hotelu mialy byc
autobusy, ktore mialy wziasc wszystkich na koncert, ktory byl ok 30 minut z
tamtad. Ja w tym czasie postanowilem znalezc sobie mieszkanie na noc(hotel
byl za
drogi takze znalazlem jakichs motel ok. 200 metrow od hotelu), potem wrocilem
do hotelu. Jak czekalem na autobus(w barku) popijajac Heineken zauwazylem,
ze Geoff Downes siedzi po drugiej stronie i rowniez popijajac cos. Troche
zaluje, ze nie znalem "Drama" wczesniej to bym przynajmniej cos do
niego powiedzial ale gosc dla mnie byl troche obcy (Nigdy nie siedzialem w
"Asia"). Ale spoko. Autobus podjechal.
Spalilem troche numer bo wzialem aparat ze soba no i musialem zostawic
kierowcy go bo nie pozwalali robic zdjec. W dali mozna bylo zobaczyc
Philadelphia'e City. Scena byla dosyc duza i mnostwo ludzi. Mialem troche
szczescia bo dostalem alternatywny bilet, siedzialem w osmym rzedzie, zaraz
naprzeciwko Howe'a. Lepiej nie moglo byc. Atmosfera byla super. Byl to
tour z nowymi efektami(Surrounding Sounds) takze z roznych stron puszczali te
dzwieki z ostatniej plyty, ktora niebyla az tak rewelacyjna jak to promowali.
Przed Yes wystapil Alan Parson Project, ktorego nie znalem przedtem,
gitarzysta byl nawet spoko momentami ale wszyscy czekali na Yes. Ja w miedzy
czasie postanowilem uderzyc na piwo aby sie lepiej sluchalo Yes, oh Yes.
Wkrotce wrocilem, znowu ludzi pelno. Yes wpadl. Piosenek bylo mniej niz na
poprzednim koncercie z '97, ktory trwal ok. 3 godzin. Znowu grali to co
zawsze. Zaliczylem koncert jako w porzadku, poprzedni jakos lepiej
przyjalem ale bylo fajnie.
Po koncercie mialem problem z autobusem bo gosc, ktoremu dalem aparat nie
pojawil sie no i zaczalem czekac bo gosc powiedzial, ze drugi gosc zaraz
podjedzie. Czekalem chyba ok. godziny az do momentu kiedy nikogo naprawde
niebylo oprocz 4 limuzyn marki Lincoln (pomyslalem, ze goscie z Yes jada sie
przespac do jakiegos hotelu czy cos) ale nie podchodzilem dalej, czekajac
wiernie na autobus, ktory w koncu podjechal. Kierowca byl spoko. Tak
naprawde nie wiem gdzie bym spal tamtego wieczoru gdyby gosc nie przyjechal.
Podjechalem do hotelu, no i poszedlem, niestety do motelu ale bylo spoko, hey
kabel byl. Bylo chyba ok.4 rano jak dotarlem do motelu. Steve Howe mial
sie pojawic o 9 rano. Ten gosc chyba nigdy nie spi. Fajnie bylo bo
obudzilem sie akurat za 20 dziewiata.
W sali puszczali jakiechs urywki z koncertow starych. Wkrotce, Steve wpadl.
Zawsze Steve byl dla mnie wielka inspiracja bo tez gram na gitarze jak
rowniez dowiedzialem zie cos co mnie uderzylo. Howe urodzil sie 8 kwietnia
1947.... Ja sie urodzilem tez 8 kwietnia ale 1977. Steve zaczal odpowiadac
na pytania, ktorych doslownie nie pamietam(wiele glupich) jak rowniez Steve
zaczal grac kawalek ze swojej pierwszej plyty "Guitar stole the night" czy
cos.
Nie wiem jak to uchwycic ale jego glos to raczej nie byl Pavarotti ale bylo
spoko. Wtedy dal jakiechs 2 autografy dla jakichs dzieciakow, ktore zostaly
wylosowane. Ja zaczalem pstrykac zdjecia no i spalilem numer-nic ze zdjec
nie wyszlo. Wkrotce Steve mowi dowidzenia. Myslalem, ze gosc bedzie dawal
autografy dla wszystkich ale jakochs nie bardzo. Doszedlem do wniosku, ze
wszystko jest w 4 litery no postanowilem uderzyc to Burger King aby cos
zjesc. Jak przechodzilem przez ulice, tuz zaraz przy wyjsciu z
hotelu----stary bialy mercedez nadjechal jakby mnie chcial przejechac.
Mialem juz rzucic haslo"hey, slepy jestes!!!", a ja sie obracam a tam Steve
Howe jako pasazer macha mi reka, zebym zszedl z drogi bo im blokuje droge.
Zamarzlem. Z boku 3 dzieciaki rozpoznaly Howe'a...ja dalej stoje jak slup.
Wkoncu doszlo do mnie, ze to jest jedyna szansa w zyciu aby dostac autograf.
Wczesniej kupilem zdjecie i analog (Yessongs-ktory jeszcze byla przed seryjna
produkcja) no i Steve dal mi znac, ze mi podpisze. Jak tak stalem to
rzucilem haslo, ze pochadze z tego samego miesiaca i dnia. Inne dzieciaki
rzucaly swoje hasla jak"Kocham cie, jestes najlepszy i te jazzy". No i gosc
odjechal. Wszystko sie stalo w ciagu minuty, moze mniej. W sumie mam 2
originalne autografy Steve Howe'a. Ogolnie to dobre wspomnienia.