Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Koncerty we wspomnieniach Renaty

Renata Słowik
Yesomania


From: Renata Słowik (reniferis@POCZTA.ONET.PL)
Subject: 2 x TAK

Pare moich osobistych refleksji koncertowych

"Not right away....not right away..."

Tygodnie a potem dni dzielące mnie od 26.10.01, były dniami zbyt
długimi i monotonnymi.

Każdą rzecz odkładałam na "po koncercie". Mniej
więcej tydzień przed zapanowała "cisza w eterze".
Odtwarzacz CD milczał.

Po przyjeździe do Katowic siedzieliśmy małą grupką w pubie, w tle
leciało "Magnification", rozmowa nieco
kulała, może myślami byliśmy już w czasie przyszłym???

W dodatku koncert jak na złość miał opóźnić się o pół godziny.

Siedziałam jak ta sierota " wyindywidualizowana z
rozentuzjazmowanego tłumu", rozglądając się błędnym jak
podejrzewam wzrokiem wkoło.

Pod sceną widziałam wszędobylskich Yesomaniaków. Przekrój
wiekowy publiki oscylował w granicach od 10 do 50 plus.

Ludzie przychodzili całymi rodzinami, rodzice przede mną
posługując się biletem przepytywali dzieciaki ze znajomości imion
i nazwisk muzyków.

Pojawiła się orkiestra, usłyszałam znajomy wstęp do "Give
love each day" i zaczęło się...


"We love when we play..."


Yesi grają już ponad 30 lat. Setki koncertów, ciągle prawie te
same utwory.

Można by oczekiwać jakiegoś rutyniarstwa, znudzenia czy
zmanierowania.

Fakt, że każdy widzi to co chce zobaczyć, ja miałam odczucie, że
ten występ jest jedyny i niepowtarzalny, że grają
wyjątkowo i specjalnie tylko dla nas, że dla nich granie to coś
więcej niż tylko ciężka orka,
którą trzeba jakoś odwalić bo w końcu za to właśnie dostali
pieniądze.

Może po prostu starzy wyjadacze dobrze udają ale ja siedząc pod
samą sceną na Torwarze odniosłam wrażenie,
że Jon, Chris, Steve i Alan wkładają w to co robią nie tylko całą
swoją energię, talent ale także  ogromna część samych
siebie.

Widziałam to zarówno w skupionej i powściągliwej postawie Steva,
popisach choreograficzno - muzycznych Chrisa i w każdym
geście Andersona, który wywarł na mnie ogromne wrażenie.

Miał w sobie coś z najwyższego kapłana jakiejś tajemniczej sekty,
odprawiającego tajemnicze misterium dla tłumu wiernych wyznawców.

Pełne namaszczenia i wzniosłości ruchy rąk, mające w sobie coś z
błogosławieństwa, przechodzące w żywą gestykulację służącą
podkreśleniu śpiewanych słów.

 A wszystko to wspomagane cudownymi, ciepłymi uśmiechami. Postać
zupełnie wyjątkowa, emanująca jakąś dziwną pozytywną
energią i nie zawaham się powiedzieć, promieniująca niewidzialnym
światłem, niewidzialnym dla oczu ale odbieranego przez
nasze wnętrza.



"I will remember you"


Trudno mi w jakikolwiek sposób zestawić czy porównywać oba
koncerty.

Dla mnie właściwie się nie różniły ale z drugiej strony bardzo
się różniły. W Katowicach pierwszy raz zetknęłam się z
muzyką Yes na żywo.

Siedziałam w sektorze vipowskim, niedaleko konsolety, na miejscu
nieco oddalonym od sceny.

Widziałam doskonale muzyków, nie miałam także zastrzeżeń co do
odsłuchu. Z perspektywy czasu wydaje mi się , że wtedy
wszystko było jakieś takie nierzeczywiste.

Uczestnictwo w jakim wyśnionym spektaklu. Słuchałam znanych
niemal na pamięć utworów, bezgłośnie powtarzałam słowa
odciśnięte gdzieś głęboko wśród zwojów mózgowych.

W Warszawie miejsce miałam tragiczne, na końcu rzędu. Jednak już
pod koniec CTTE zauważyłam pod sceną znajome białe
koszulki i właściwie nie namyślając się dołączyłam do Roberta i
Brunnera.

 Ochroniarze nie pozwolili nam stać więc usiedliśmy na podłodze,
początkowo skromnie miedzy rzędami krzeseł dla vipów,
potem chyłkiem przesuwaliśmy się do przodu.

 Dzięki temu  widziałam to co widziałam i cały koncert zyskał
jakiś zupełnie inny wymiar.

Trudno mi w ogóle zwerbalizować swoje odczucia. Osoby postronne,
pytające mnie o koncerty są zawiedzione moimi lakonicznymi 
odpowiedziami wnioskują błędnie, że widocznie jestem zawiedziona.

Bo jak można opisać komuś , kto tego nie przeżył ten kalejdoskop
uczuć i stanów emocjonalnych?

 Rozanielone gapienie się na Jona (mam nadzieję, że przynajmniej
nie robiłam "karpia" i nie siedziałam z
rozdziawionymi ustami), dreszcze przebiegające przez kark już
przy CTTE, trans Gates of Delirium,
rozbawienie przy Don’t go czy popisach Squire’a,
deliryczne drgawki Ritualu, wreszcie mokre oczy przy
"Soon oh soon the light..." i "...and You and I
called over valleys of endless seas".

Wiele momentów tych koncertów z pewnością będę pamiętać przez
wiele, wiele lat.

Z różnic zapamiętałam tylko tyle, ze w Katowicach publiczność
reagowała żywiej i głośniej
(może po prostu tam było nas więcej), dlatego też być może
"w odwecie" ;-) w Warszawie zespół kazał dłużej się
prosić o bis.

Na koniec zdanie , które mnie rozbawiło w Katowicach:

Obok mnie siedział ojciec z synem w wieku mniej więcej lat 10-12.

Przy "Mood for the day" tata mówi do synka:
"Zobacz synu on sam jeden gra jak ich troje"....


"All Good People"

czyli credits and thanks...

Wszystkim Yesomaniakom, których poznałam, dziękuję za to że
byliście, za to, że jesteście.

Specjalne podziękowania dla:
Citizen Caina za przygarnięcie nas do siebie i poświęcenie nam
mnóstwa czasu i zainteresowania
Jarkowi Gędkowi za troskę i szukanie nas po mrocznych katowickich
bezdrożach
Markowi Górajowi za gościnę naszej hałaśliwej gromady (mam
nadzieję, że współlokator już zapomniał).

Z serdecznymi pozdrowieniami
renata






Na Yesomanii od 4 listopada 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd