Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Rytuał - relacja Roberta

Robert Drózd
Yesomania


From: Robert Drózd (rdrozd@yes.iq.pl)
Subject: Rytuał


"This high is shining brightly
Brighter than before"

Zaraz rozpocznie się Rytuał.

Wokół przyjazne twarze Yesomaniaków, niecierpliwych, czekających
na coś, czego jeszcze nie mogą sobie uświadomić. Mało kto na sali
pewnie wie, CO zagrają. Ktoś liczy na Ownera, kto inny na
powtórkę roku 98, tylko jednostki znają nową płytę.

Wchodzi orkiestra. Krótka uwerturka z towarzyszeniem Brislina (a
ten kiedy się pojawił?), wstęp do Give Love Each Day, wreszcie
oszałamiający krzyk widowni, weszli, ptaszki, TEN RIFF. Close To
The Edge.

Więcej nie chciałbym pamiętać.

Nie chciałbym pamiętać, jak zagrali, bo będzie to już skażone.
Tym na co akurat zwracałem uwagę, tym co przeczytałem w Waszych
recenzjach, tym co usłyszę na bootlegach.

Wręcz boję się teraz posłuchać jakiegokolwiek utworu Yes.

(czegoś słuchać trzeba, od dwóch dni katuję w zamian The Police,
szczególnie te wczesne punkowo-regałowe kawałki)

Aby jak najdłużej utrzymać to wrażenie, te uczucia, jakie mną
zawładnęły na dwóch najlepszych koncertach mojego życia.

Pierwsze utwory z Magnification, które puścił Marek M. odwożący
mnie do domu sprawiały mi autentyczny ból - coś we mnie
krzyczało: nie, to zupełnie nie to, każ mu to wyłączyć,
profanacja zupełna...

Yesomania Delirum? Krańcowy etap naszej ukochanej choroby?

Zgodzę się w zupełności z tym co napisał .marek na temat
wyczerpania, wyeksploatowania - dopiero teraz sobie zdaję sprawę,
co się działo ze mną po koncercie warszawskim. Przecież
nieprzespane noce już mi się nieraz zdarzały, tym razem jednak to
właśnie Yes zwalił mnie z nóg.

Gdy porwała nas fala dźwięku otwierająca CTTE, wymieniłem krótkie
spojrzenie z Markiem. Obaj już chyba wiedzieliśmy, że czeka nas
koncert życia. A przecież mogło nie być tak wspaniale. Parę dni
przed koncertami słuchałem sobie yessymfonicznego bootlega z
Vancouver, a także znanych nam wszystkim Masterworksów z Holmdel,
konfrontowałem 'dostojne' wykonanie Gates of Delirum z
szaleństwem z płyty Yesshows i mówiłem sobie: nie łudź się, to
już przecież starzy ludzie. Zagrają ładnie, poprawnie, łezka się
w oku zakręci, będzie przyjemnie. Nie doceniłem ich.

Po Torwarze byłem co chwilę pytany: który z koncertów wypadł
lepiej? Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie.

Spodek smakowałem, przyglądałem się nieco chłodniejszym okiem,
mając świadomość, że to samo obejrzę dnia następnego. W Warszawie
z kolei dałem się całkowicie ponieść emocjom, wzlatując z
muzyką. W Katowicach pozwalałem sobie na chwile wytchnienia,
ograniczając swój odbiór And You And I, Perpetual Change oraz
solówki Howe'a. W Warszawie rzuciłem się na wszystko bez
opamiętania, wiedząc, że być może jest to mój trzeci i ostatni
koncert Yes.

Momenty zwątpienia? Były.
Koncert katowicki: kończy się koszmarne Don't Go, zaczyna In The
Presence Of ---- Jon jest zachrypnięty! Znika na chwilę magia,
utwór pospolicieje. Całe szczęście od 4-5 minuty machina
'zaskoczyła', a potem był przecież Gates of Delirum - cóż trzeba
więcej?

Gates. Wciąż miałem w uszach ostre, wykrzyczane wykonanie z
Yesshows. Zaczęli dosyć ostrożnie. Potem jednak nie mogłem
uwierzyć: Anderson KRZYCZAŁ, nagle gdzieś zniknął ten starszy
miły Pan o delikatnym głosie. W Warszawie wręcz ryknął 'ON TO
HELL'. Niepotrzebne były jakiekolwiek zapowiedzi czy nawiązania
do wydarzeń w Stanach. TO wykonanie przekazało wszystko.

Świateł - dużo nie było, koncert był wręcz ascetycznie
oświetlany: POZA momentami, w których światła były potrzebne:
Gates, zakończenie Perpetual Change: uderzenia stroboskopów i
czad płynący ze sceny stopiły się w jedno. Niech ktoś mi jeszcze
powie, że zespół Yes grywa delikatną i nastrojową muzykę.

Oklaski: trochę nie zawsze na miejscu - LUDZIE, DO JASNEJ
CHOLERY: CZEMU PROFANUJECIE POCZĄTEK SOON
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Starship Trooper. Porównania z koncertem Wakemana nasuwały się
same. Tam, była to miła niespodzianka, świetna zabawa dla nas i
muzyków. Teraz jednak koncert Ricka wydaje się być jedynie
kuglarstwem. Najwyższej co prawda klasy, ale wygłupem.

Ritual. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Więcej nie powiem.

O muzykach wiele już zostało tu napisane: dodam tylko, że Chris
kojarzył mi się z Draculą :) a Jon (to widać było tylko w
Warszawie chyba) stał na niewielkim podejście, otoczony
zapalonymi świecami.

Dziewczyny z orkiestry: przemiłe! Widać, że czuły i rozumiały tę
muzykę, co przekładało się na jakość gry: poza ewidentnym kiksem
na początku koncertu katowickiego (brak zgrania i zestrojenia!),
orkiestra wypadła wspaniale. Ktoś mówi: nie było ich słychać!
Było! Tyle, że nie zwracaliśmy na to uwagi.

Bliskość sceny. To była dla mnie bardzo ważna rzecz. Koncert z
Kongresowej z 1998 roku wspominam nienajlepiej głównie dlatego,
że siedziałem dosyć daleko. Nie chodzi to o to, by bliżej zespół
widzieć (choć też), ale przede wszystkim, aby znaleźć się
WEWNĄTRZ tych dźwięków.

Miejsca w Katowicach (5 rząd na płycie - i to pośrodku) - mieliśmy
idealne. W Warszawie dostaliśmy rząd 12, na domiar złego
krzesełka były oddalone od sceny w taki sposób, że katowickiemu 5
rzędowi odpowiadał I-y w sektorze dla Vipów. Oczywiscie z Brunerem
i Renatą prawie od razu wyskoczyliśmy pod scenę, skąd parę razy
przeganiali nas ochroniarze, wreszcie usiedliśmy sobie na
parkiecie w okolicach pierwszego rzędu i mieliśmy taki widok jak
Kaczkowski i reszta VIPów (hm... z pierwszego rzędu zamachał do
nas Rafał..., zaraz, przecież bilet dla niego inny kupowałem :))

Wiem, wybrzydzam na temat tych miejsc, co powiedzą ci, którzy
siedzieli w rzędzie kilkudziesiątym, ale jestem prawie pewien, że
bez 'dobrej lokalizacji', koncert straciłby dla mnie dużo ze
swojej magii.

Co do wydarzeń przed i pokoncertowych, też jest trochę do
opowiadania, ale może już kiedy indziej. To, że zespołu nie
spotkałem osobiście, jest tylko i wyłącznie moją winą - bo
przecież mogłem obudzić się godzinę wcześniej, poprosić mojego
ojca o podwiezienie Marka o odpowiedniej porze (musiał odebrać
Anię z dworca), a sam ruszyć do Bristolu. A tak żałuję i
cholernie Witkowi zazdroszczę.

Podziękowania:
Citizen Cain - za kupno świetnych biletów i gościnę po koncercie
katowickim
Renata - za dobry humor niezależnie od okoliczności :)
.Marek - za towarzyszenie na obu koncertach i dyskretne
niegrymaszenie na drogę do Starej Miłosnej [po naszym przyjeździe
do Warszawy pojechaliśmy z Markiem do mnie trochę się wyspać
przed Torwarem]
Janus - wreszcie po 3 latach ujrzałem największego fana Yes w
tym kraju! A nie wygląda! :))))
Kilkudziesięciu innych Yesomaniaków - za to, że byliście. Z
wieloma z Was chetnie spotkałbym się o wiele dłuuuuużej :) No,
myślę, że już teraz nie braknie chętnych na następny Zlot, czyż
nie?



Pozdrawiam,
Robert

--
Robert Drózd 
"Yesomania - choroba nieuleczalna, przenoszona drogą słuchową,
powoduje liczne powikłania w stadium swojej dojrzałości."
---------------- Yesomania: http://yes.iq.pl -----------------




Na Yesomanii od 4 listopada 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd