Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Po koncertach - Maciek

Maciej Hołda
Yesomania


From: Maciej Hołda (pend@WP.PL)
Subject: Po

No tak, jest juz po ... Właśnie dochodze do siebie, nie tylko po koncercie,
takze po dwóch nieprzespanych dobach.
Pierwsze zdanie jakie wogóle ciśnie sie na klawiaturę to: Koncert był
GENIALNY.

G E N I A L N Y

Troszeczkę czasu mineło i myslę iż zdolny jestem w miare obiektywnie ocenić
obydwa.

Jak wyglądali. Wszyscy wiemy. Jon jak zwykle w zwiewne szaty i sandałki.
Steve - trochę jak księgowy. Sztruksy, kolorowa koszula. Alan - jak z
wyścigu pokoju. Chris - buty na koturnie jakieś, czarne getry, czalna
trykotowa koszula, płaszczyk, białe skarpety. Może śmiesznie. Dowicipnie, ja
bym to tak ujał.

Coś co sie nazywa setlistą, czyli zestaw utworów jakie Yesi zaprezentowali
nam tych dwóch pamietnych wieczorów, to materializacja chyba moich marzeń.
Wstęp - fragmenty Give love.... Mysle iż tu akurat powinno wyglądać to
troszke inaczej, tzn. powinni zagrac cały utwór. Pozwoliłoby to im (i nam)
rozgrzać się nieco przed Close To The Edge. Ale w sumie na intro nikt chyba
uwagi większej nie zwrócił. Ja doznałem niesamowitego uczucia, a to dlatego
że własnie tak naprawdę uświadomiłem sobie że zbliża się ta chwila, na którą
czekałem od dawna....
Close To The Edge - według teorii Hitchcocka film powinien zaczynac się
trzęsieniem ziemi, a potem napiecie powinno powoli rosnąć. Yesi chyba
naprawdę wzięli sobie do serca tę radę.
Bardzo ciekawa praca orkiestry. Utwór który znamy wszyscy chyba najlepiej.
Ten jeden z naj. Jakze inaczej zabrzmiał tej nocy. Zasługa orkiestry,
zasługa innego klawiszowca. Zasługa Chłopaków, którzy teraz to grają
inaczej. Jon śpiewa inaczej (drugi wers z Seasons of Man Jon zaśpiewał
wyżej, podobnie jak czynił to min. na Masterworks). Chórek w I Get Up I Get
Down tez brzmi inaczej, tak jakoś znacznie mocniej zaznaczone akcenty. No i
całość.... Rewelacja. Rewelacja.

Potem orkiestra zaczyna coś grać. Coś co zaczyna się z czyms kojarzyć, zna
sie skądś ten klimat ale co to jest.... Jon rozpoczyna spiewać long distance
runaround. Ten utwór ma jakąś siłę. Moze byc grany ostro, może byc
delikatny, łagodny, taki jak w tej chwili. Nieasmowity.

Przedstawienie orkiestry, zespołu. Jon mówi cos o nowej płycie. Żartuje.
Zapowiada Don't Go. Publiczność przyjmuje to raczej bez entuzjazmu. Ale
podczas koncertowego wykonania widzimy że ten utwór to po prostu muzyczny
żart. Zwłaszcza gdy Jon schyla się i podnosi... megafon, przez który zaczyna
spiewać.
 Zauwazyłem coś ciekawego. Na początku troche wyglądało wszystko tak jakby
publiczność urządziła cichy protest przeciwko utworowi, najwyraźniej
pozostał on niezrozumiany. Nikt nie zareagował na zachęty Jona do wspólnego
spiewania. Ale zauwazyłem ze powoli tu i ówdzie zaczynał kiwać głową w rytm.
No i oklaski. To rzeczywiście chyba nie jest utwór który był dzisiaj
niezbędny. Zastanawia mnie dlaczego początek nie był grany przez orkiestrę.

A potem In The Presence Of.  Zauwazyłem to ze orkiestra grała trochę
inaczej niz na Magnification. Ten kawałek to chyba kolejny dowód na to ze
Yes to ciągle Yes.

Ale to co nastapiło potem przeszło moje najsmielsze oczekiwania. W
Katowicach Jon opowiedział że chcieli zagrać utwór który byłby "wild and
wacky". Że utwór ten jest ciągle aktualny, bo jest on protestem przeciwko
wojnie. Nie umiem powtórzyc dokładnie tego co Anderson powiedział. Ale chyba
naprawdę zrozumialem Gates Of Delirium. Boże! To chyba był ten utwór który
chciałem usłyszeć przez całe zycie. Nawet cały koncert mógl składac sie
jedynie z tego utworu. Nie znajduję słów aby go opisać. Dlatego zajme się
techniczną stroną - orkiestra wypadła tutaj nieźle, ale była za cicho. Nie
było wogóle słychać sygnału który był grany na waltorni - Steve mógł sobie
ten moment darować, przyciszyć troszkę. W kilku miejscach najwyraźniej
zespół (i klawiszowiec) powinien trochę przyhamować dla uwypuklenia
orkiestry. Mniejsza z tym. W świetle stroboskopu strojący demoniczne miny, w
dziwacznych pozach, Chris Squire wyglądał jak jakiś czarnoksięznik. Takim go
zapamiętam

Potem solówki Steve'a. Teraz juz wiem że pierwsze w Katowicach było
Cockscrew, w Warszawie Classical Gas. Drugi - Mood for a day. Bardzo
wzruszająca chwila. Zadedykował ją swojej zonie.

Orkiestra wstaje, wychodzi. Jon cos mówi, żartuje. I zaczyna się Perpetual
Change. You see perpetual change!

Katowice - Jon zaczyna opowiadać jak to spodkał przed spodkiem grupke bardzo
młodych ludzi. Autografy i te sprawy. No i pyta sie które utwory znacie.
Wszystkie. Close To The Edge? Tak. Gates of Delirum? Tak. Roundabout? Tak.
Starship Trooer? Film? Nie, nie film, piosenkę. Zaczynaja grać. A potem
niesamowity Wurm. Naprwadę zaczynaja sie popisywac wszyscy, z Chrisem na
czele.

I Jon mówi że to granie, ta muzyka którą tworzy nie tylko zespół  ale i
publiczność, to rytuał.
Ritual! Min. kolejna popisowa solowka Chrisa.Tu i ówdzie słychać narzekania
na moment "perkusyjny". Ja wiedziałem mniej więcej co się stanie. Nie
myslalem o tym kto by to zagrał lepiej. Bo nikt inny tego nie zagrał. To
zagrali Yesi. Ale ja wlaściwie to w Ritualu czekałem na ten moment który w
całym Ritualu kocham najbardziej. Kiedy ucichną bedny, Kiedy Anderson
zaspiewa Hold me my love, hold me today, call me round ... ... ... To jest
ten moment bez ktorego Ritual nie bylby tym czym jest. Bez którego nie
liczyłyby sie pewnie Oceany. Bez którego KONCERT nie byłby taki.

Anderson zaprasza publiczność "tutaj". Lądujemy pod sama sceną. I've seen
all good people. Chris na wyciągnięcie dloni. Wydaje mi sie że patrzy mi
prosto w oczy. Wszyscy się bawią. Skaczą tańcza klaszczą.

A potem jeszcze bis, Roundabout.


Już po...




Teraz kilka słów na koniec. Teraz juz wiem, że koncerty bardzo sie nie
rózniły. Ale z dwóch ich ten pierwszy, katowicki, był Tym koncertem. Tym,
który podobał mi się bardziej. Moze i decyduja troche o tym moje emocje -
wtedy widziałem zespół po raz pierwszy, a w sobote nie dosc że wiedziałem co
bedzie to jeszcze byłem cholernie zmeczony.Ale zastanawiam sie i dochodze do
wniosku że to jednak nie to.
Publiczność w spodku reagowała bardziej zywiołowo. Oklaski na stojaco,
momentami spiewanie razem z zespołem.
Jon który patrzył nam prosto w oczy. Który opowiadał. W katowicach mówił
wiecej.
Chris który też jakby więcej skakał. Howe co prawda skakał jedynie w
Warszawie,ale z drugiej strony w Katowicach robił dziwniejsze miny podczas
MFAD. White który w Warszawie był spokojniejszy.
W spodku zespół cały był zywszy. I podejrzewam że ma to związek troche być
moze z tym że w Warsie maja dobre piwo, jak przyznał Jon :)
Tak czy siak jeden i drugi, bo róznice oprócz pogadanek J.A., dekoracji i
oswietlenia (to akurat w Warszawie było ciekawsze, łącznie z momentem w GoD
w którym opada biała kurtyna za orkietrą i ukazuje sie "rozgwieżdżone
niebo")
To momenty które zapamiętam do końca zycia. To co napisałem to jedna
milionowa, jesli nie mniej, tego co przezyłem. Tego czegos nie odda się
niczym. words never spoken have the strongest resounding, nie pisze juz nic
więcej.
Nagrywajcie nową płytę, panowie Anderson, Squire, White, Howe. Musicie tu
wrócić.
ZpowMh

Ps. Słówko o orkiestrze. Bardzo sympatyczna. I ładna.




Na Yesomanii od 4 listopada 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd