Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Spodek - relacja Jarka

Jarosław Gędlek
Yesomania


From: Jarosław Gędlek (jarek_gedlek@POCZTA.ONET.PL)
Subject: Ach, co to był za dzień!

Katowice 26.10.2001 r. To był taki trochę dziwny, nierzeczywisty
dzień. Widzę tylko różne obrazy. Bardzo delikatne, ulotne obrazy.
Wszystko nie poskładane w całość. Chyba za dużo wrażeń.

Przed koncertem spotkanie Yesomaniaków w City Pubie. Podawanie ręki
każdemu i gdzieś na końcu zaplątana, niewidziana, pominięta Renatka
(wybacz -czko tę okropną wpadkę). Jest tak jakoś dziwnie. Nieznani a
może znani ludzie wciśnięci w krzesła i wirujące, znane ale inaczej
brzmiące dzwięki Magnification. Co my tu robimy? Mało nas. Gdzie
reszta? To coś zupełnie innego niż przed szklanym ekranem komputera!
Rozmowa klei się, ale marnie. W końcu idziemy pod Spodek. Nadchodzi
wieczór. Mieli otwierać bramy o 18.00. Jesteśmy parę minut po i żywej
duszy. Pusto. Na wyraźne życzenie Prezesa obchodzimy Spodek chyba
trzy razy dookoła. Mieszkam w Katowicach od urodzenia i nigdy go tak
dokładnie nie obszedłem (czy Robert szukał śladów terrrrorystów?)(;-
)))))))). W końcu wchodzimy, pojawiają się ludzie i oficjalna
informacja, że rozpoczęcie koncertu z powodu spóźnionego przyjazdu
zespołu jest przesunięte na 20.30 czyli o 30 minut. Rozmowy,
czekanie, umawianie a później szukanie swoich miejsc.

Koncert. Zupełnie inaczej patrzy się na koncert kapeli, którą już się
wcześniej widziało na żywo. W 1998 r. byłem zielony. Nie widziałem
wcześniej żadnego ich koncertu. Nawet z kasety video. Znałem muzykę i
tu wiedziałem czego w przybliżeniu się spodziewać ale jako całość to
był szok. Bardzo intensywne przeżycie. Zaatakowane wszystkie zmysły.
Teraz było inaczej. Pamiętałem jeszcze tamten koncert a do tego
wiedziałem dokładnie co będą grali, jak będą grali i kiedy. Przeżycie
było więc mniejsze chociaż koncert jeszcze trochę lepszy. Trochę inny.
Nie odkryję Ameryki gdy powiem, że dla mnie były trzy najważniejsze momenty:
1. Cały CTTE. Wiedziałem, że od tego zaczną. Komentarze z letniej
trasy po USA były, że może nie dobrze na początku, że może nie
rozgrzani, że może nie zgrani. Jednym słowem wykonanie miało być
takie sobie. Nie prawda. Dla mnie wznieśli się na wyżyny. Perfekcyjny
kawałek w nieziemskim wykonaniu. Nie potrafiłem powstrzymać
szerokiego od ucha do ucha uśmiechu! Przez 20 minut!
2. Cały GOD. Wiem to już od dawna. Yes to najlepsza kapela metalowa
na świecie. Potwierdzili to w całej rozciągłości. Gdy dobrnąłem z
nimi do Soon byłem wstrząśnięty. A potem nastąpiło najwyższe
uniesienie gitary i głosu. Sfotografowałem to oczami. Już nikt mi
tego obrazu nie odbierze!
3. Ritual. Zwłaszcza bębny. Wiedziałem co będzie. Wiedziałem, że
wszyscy zaczną walić w kotły i co popadnie. Słyszałem głosy, że to
dlatego, że Alan już sam nie wyrabia. Nie wiem. Trudno mi powiedzieć.
Ale efekt był wspaniały. To był ten najważniejszy moment dla którego
już warto było targać całą orkiestrę. Te kaskady narastających
dźwięków smyczków, najpierw gdzieś w tle i wyżej i wyżej. Słyszę to i
dalej smakuję. Ta orkiestra!

Orkiestra. Była tam taka dziewczyna. Najwyżej. Blondynka w czarnej
sukni z dużym dekoltem na którym był złoty łańcuszek. Grała
fenomenalnie! Raz na dziesięć-piętnaście minut waliła dwoma dużymi
talerzami o siebie (niestety nie znam fachowej nazwy). Perfekcja!
A tak poważnie: piękne aranże. Totalne zespolenie z kapelą. Naprawdę
dobra robota.

Po koncercie musiałem odwieźć chorego kumpla do domu. Zostawiłem
grupkę Yesomaniaków pod Spodkiem. Nie znających miasta, takich trochę
zagubionych (to przez te Renatki oczy). Kumpel mieszka na drugim
końcu miasta. Wracałem sam i było mi trochę głupio (już mówiłem, to
przez te Renatki oczy). Nagła decyzja i zacząłem nocną jazdę w
poszukiwaniu straconego czasu po Katowicach. Najpierw na tyły Spodka.
Przy zamkniętym wjazdowym szlabanie duża grupka ludzi i ochroniarze.
Cholera naszych nie ma. Ale swoją drogą jaka masa maniaków chodzi po
ziemi! Już grubo po północy a około 20 osób stało w tę zimną noc i
czekało niewiadomo po co! Były nawet przepychanki i pyskówki z
chamskimi jak zwyle ochroniarzami. No nic. Szkoda czasu. Jadę dalej.
Rondo, rynek, nigdzie ich nie ma! Znalazłem wreszcie grupę
zziębniętych Yesomaniaków pod hotelem Warszawa. Akurat wchodzili do
holu hotelowego. A tam rozłożona już była grupka jakiś YesoDinów.
Trochę inni. Barrrrdzo starzy wyjadacze. No i każdy miał przynajmniej
kilka "unikatów". Zorganizowani (pełny sprzęt obozowy), przygotowani
na najgorsze i najdłuższe oczekiwanie. Ich nic nie rusza. Mają
zresztą "unikaty". A my? Szkoda gadać. Jednak coś nas łączyło:
wszyscy byli zaaferowani: gdzie Yesi? Podobno jedni śpią a drudzy
szaleją. Podobno. Po długich naradach wyruszamy na dworzec skąd ma
przyjezdnych Yesomaniaków zabrać pewien Obywatel C. Długi spacerek.
Jesteśmy na miejscu. Bezładne pożegnania.

I tak zakończył się ten dzień. Kolejny - bardzo zwyczajny i podobny do
bardzo wielu innych - dzień Yesów.

Uf! Wiem było za długo!

pozdrowienia
jarosław



{kilka dni później) Chciałbym to jakoś wszystko podsumować. Te ostatnie tygodnie i dni. Koncert w Spodku, ale i oczekiwanie na niego. Przejrzałem wysłane na listę maile. Wybrałem kilka. Pociąłem, poprzerabiałem, zestawiłem. Przeczytajcie bo trochę też dopisałem. Powstał mój internetowy dziennik ostatnich 40 dni (taki trochę niby utwór literacki, ;-))))). Nazwałem go: Od Święta Do Święta. Czwartek 20.09.2001 r. W zasadzie Yesomaniakiem stałem się dopiero po koncercie w Spodku w 1998 roku. Nigdy nie byłem fanatykiem koncertów, więc nie widziałem ich zbyt dużo ale ten był (i jest do dzisiaj) najlepszy ze wszystkich na których byłem. Od pierwszych dźwięków całkowita magia. Muzyczny szok. Dopiero wtedy zrozumiałem Yesów w 100 %. To nie była jednolita ściana muzyki jak zwykle na innych koncertach, ale miliony szalonych, drobnych dźwięków. Każdy z osobna, czytelny, czysty. Olbrzymie dźwiękowe puzzle. Howe mnie rozniósł na strzępy. Wyglądałem jak obrazy Picassa. A momentu gdy Chris po swoim solo odwrócił się do Alana, padł na kolano i rozłożył ręce aby posłuchać jego solówki i tak trwał i trwał nieruchomo aż do końca, nie zapomnę nigdy! Tak, minęło już 3 i pół roku. Płytoteka od tego czasu urosła a ja oglądam mój bilet i czekam na 26.10. Środa 26.09.2001 r. Zostało już tylko 30 dni do koncertu. Jak ten czas leci. Na razie każdego dnia rano i wieczorem mam jedną małą przyjemność: jadę. Mijam domy i drzewa. Jestem trochę podekscytowany. Migoczą światła innych aut. Jednostajnie buczy silnik. Czekam. Kolejne ulice. Nareszcie jest. Powoli wyłania się Spodek. Wieczorem gdy jest podświetlony wygląda tak jakby był gotowy do startu. Jakby zaraz miał odlecieć. Obraca się? Nie, to tylko złudzenie wywołane ruchem mojego auta. Już, już widzę! Z moich ust wydobywa się pełen ulgi szept: Yes, Yes! Olbrzymi plakat - zapowiedź koncertu - z pomarańczowymi zawijasami ciągle jest na swoim miejscu. Poniedziałek 22.10.2001 r. Dopiero poniedziałek a dla mnie już właściwie zaczął się piątek. Buuuudzik buuuuczał o 6.00 rano. To było straszne. Podstawowe zadanie: spionizować się i do łazienki pod prysznic. Potem już jakoś poszło. Gdzieś o 6.55 dotarło do mnie, że zaczyna się nowy tydzień, TEN tydzień i właściwie to zaczyna się od piątku. Najdłuższego piątku w tym roku. Czwartek 25.10.2001 r. Co przyniesie jutrzejszy dzień? Czy będzie to Prawdziwe Święto? Czy warto było czekać? Czy muzyka wypełni wszystko tak jak kiedyś, dawno, dawno temu w marcu? Może to co przeżyjemy spowoduje, że staniemy się chociaż troszeczkę lepszymi ludźmi. Może. Ale to tylko mała iskierka nadziei... Poniedziałek 30.10.2001 r. Zupełnie inaczej patrzy się na koncert kapeli, którą już się widziało na żywo. W 1998 r. byłem zielony. Nie widziałem wcześniej żadnego Ich koncertu. Nawet z kasety video. Nie wiedziałem zupełnie co będą grali. Znałem Ich muzykę i tu wiedziałem czego w przybliżeniu się spodziewać ale jako całość to był szok. Bardzo intensywne przeżycie. Zaatakowane wszystkie zmysły. Teraz było inaczej. Pamiętałem tamten koncert a do tego wiedziałem dokładnie co będą grali, jak będą grali i kiedy. Przeżycie było więc mniejsze, chociaż koncert jeszcze trochę wspanialszy. Trochę inny. Nie odkryję Ameryki gdy powiem, że były trzy najważniejsze momenty: 1. Cały CTTE. Wiedziałem, że od tego zaczną. Czytałem komentarze, że może nie dobrze na początku, że może nie rozgrzani, że może nie zgrani. Jednym słowem wykonanie miało być takie sobie. Nie prawda. Dla mnie wznieśli się na wyżyny. Perfekcyjny kawałek w nieziemskim wykonaniu. Nie potrafiłem powstrzymać szerokiego od ucha do ucha uśmiechu! Przez 20 minut! 2. Cały GOD. Wiem to już od dawna: Yes to najlepsza kapela metalowa na świecie. Potwierdzili to w całej rozciągłości. Gdy dobrnąłem z nimi do Soon byłem wstrząśnięty. A potem nastąpiło najwyższe uniesienie gitary i głosu i moje i chyba wszystkich dookoła. Sfotografowałem to oczami. Już nikt mi tego obrazu nie odbierze! 3. Ritual. Zwłaszcza bębny. Wiedziałem co będzie. Wiedziałem, że wszyscy zaczną walić w kotły i w co popadnie. Słyszałem głosy, że to dlatego, że Alan już sam nie wyrabia. Nie wiem. Trudno mi powiedzieć. Ale efekt był wspaniały. To był ten najważniejszy moment dla którego jednego już warto było targać całą orkiestrę. Te kaskady narastających dźwięków smyczków, najpierw gdzieś w tle i wyżej i wyżej. Słyszę to i dalej smakuję. A reszta utworów? Były między i po. Ale wiem i jestem o tym przekonany, że za dziesięć lat zleją się w mojej pamięci w jakieś ogólne wspaniałe wrażenie, smak w ustach, zapach a może kolor. Ale te trzy najważniejsze będę pamiętał. Chciałbym pamiętać. To było nasze Yesomaniaków Święto. Kolejne po ponad 3 ½ latach Święto, które nam zafundował nasz zespół. Codziennie kładąc się spać przeżywam i wspominam jak było. Nie mam jednak złudzeń. To był tylko kolejny - bardzo zwyczajny i podobny do bardzo wielu innych - dzień Yesów. Pozdrowienia jarosław




Na Yesomanii od 4 listopada 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd