Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Wakeman - relacja Witolda

Witold Czuszyński
Yesomania


From: Witold Czuszyński (wcz@FREE.MED.PL)
Subject: Rick

Po pierwsze, podobnie jak pisał Marek i Łukasz, dla mnie najważniejsze
było to, że mogłem wreszcie zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne
uszy jednego z tych WIELKICH yesmanów, którzy tworzyli WIELKI YES (nie
widziałem tylko jeszcze Bruforda). Nie nastawiałem się na wielkie
przeżycia, wystarczyło mi aby on tylko wyszedł i grał. Tym bardziej
cieszę się, że jako całość, występ był naprawdę udany i widać było, że
Rick był bardzo mocno zaangażowany, nic nie odpuszczając. Chociaż nie od
początku. Podczas gdy YESi w Poznaniu w 1998 roku zaczęli koncert ok. 10
min. przed czasem, to Rysiek kazał nam czekać aż 17 minut. Zacząłem się
obawiać, czy widząc pustawą kongresową, ma w ogóle ochotę wychodzić i
się męczyć. Jednak wyszedł. Podobnie jak Markowi, mi też radochę
sprawiła ta jego peleryna. Ja do niej jestem tak samo przywiązany jak do
klasycznego Yeslogo. Gdy zaczął grać, miałem wrażenie że robi to za
karę. Miał bardzo marsowe oblicze jednak grał dobrze i się nie
obcyndalał. Siedziałem całkiem blisko - szósty rząd - a nie gdzieś z
tyłu jak napisał Piotr (też pozdrówka!) - i to dokładnie naprzeciw niego
więc widziałem go dobrze. Niestety, od samego początku miałem ogromne
zastrzeżenia do dźwięku (czy tam w ogóle była konsoleta na widowni?). Ja
siedziałem po prawej stronie sceny a wy po lewej więc wszystko
słyszeliśmy inaczej (punkt słyszenia zależy od punktu siedzenia). Tuż
obok Ricka stał ten nieszczęsny gitarzysta podpięty do wielkiego
Marshalla. Piotr, tu też źle mnie zrozumiałeś. Ja właśnie prawie w ogóle
nie słyszałem Ricka gdy grał ten meatalowiec! W Journey było słychać
tylko ciężkie akordy gitary które wszystko zagłuszały! Że Rick grał, to
ja tylko widziałem i czasem przy nieco wyższym dźwięku było go słychać.
Później było już trochę lepiej, jednak ten gitarzysta był ustawiony
stanowczo za głośno. Jak sobie porównuję to z dźwiękiem na poznańskim
koncercie Yes, to tam było chyba ze dwa lub trzy razy lepiej. Brzmienie
Yesów było czyste, niemalże jak ze studia. Najlepszy chyba moment był
wtedy gdy Rick został sam na scenie i zagrał jedną z żon (zapomniałem
która to) na dźwięku kościelnych organów. Pięknie, monumentalnie,
głośno, dźwięk przechodził przeze mnie na wylot, ciało aż wibrowało.
Cudo.

Co do wokalu, to nie przepadam za takim głosem, ale wbrew być może temu
co na ten temat myśli Wilson, on miał tu drugo- lub nawet trzecioplanową
rolę. Poza tym drażnił mnie swoją beznadziejną manierą w sposobie
poruszania się i ciągłym kręceniem tyłkiem. Nie znoszę takich facetów.
Za to bardzo fajne wrażenie zrobił Adam, skromny, jednak potrafiący
ładnie a także błyskotliwie i szybko zagrać. Nie będę się powtarzał, ale
pomysł pojedynku na wiszące na szyi klawisze, pomiędzy ojcem i synem był
genialny, pełem humoru i elementów aktorskich. W ogóle było widać miłość
ojcowską Ricka do Adama i jego dumę z syna (pełne refleksyjnej zadumy:
"my little boy" pod koniec koncertu).

Wcześniej, jak już inni pisali, Rick zszedł do ludu i ja nieszczęsny
nieco się spóźniłem i niestety ominęła mnie niewątpliwa atrakcja w
postaci palcówek pod własnym nosem. Wtedy już było widać, że Rick i
reszta zespołu, całkowiecie się jakby przemienili i już nie grali za
karę, ale z czystej przyjemności. A to dlatego, że my byliśmy
publicznością może niezbyt liczną, ale za to całkowicie oddaną. Po
każdym zestawie (zakończonym obowiązkowym "młynem") były głośne owacje z
czasem na stojąco. Mój syn (13) powiedział mi po koncercie, że zdziwił
się że jest tylu ludzi którzy słuchają Wakemana i Yesów :-) Biedak,
myślał że tylko ja jestem takim "dziwakiem". Był to jego pierwszy w
życiu prawdziwy koncert. Poza tym stwierdziliśmy, że nad klawiaturą
powinny być lustra albo kamery aby można było zobaczyć co też Rick tam
wyprawia. A propos klawiatur - na samej górze stał mały minimoog lub
polymoog a wygląd jego nasunął mi podejrzenie, że on chyba pamięta czasy
Fragile i CTTE!

Tyle o samym koncercie.

Cieszę się że mogłem się z Wami zobaczyć: Robert, Piotr, Marek, Łukasz,
Rafał, Tomek (jeszcze raz dzięki za kasetę, jeszcze jej nie słuchałem).
Szkoda że tak krótko, ale kiedyś będzie jeszcze okazja nie jedna.

Pozdrawiam wszystkich,

Witek




Na Yesomanii od 7 czerwca 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd