From: Robert Drózd (rdrozd@yes.iq.pl)
Subject: Moje wrazenia z koncertu Wakemana.
Jak zacząć ten mail?
Może w ten sposób, że nie może być prosto.
Zaraz, w dalszych linijkach podam setlistę, opiszę skład, ustawienie
muzyków, grę świateł, brzmienie. Ale wyjdzie z tego tradycyjna
tylkorockowa odwałka 'byłem, widziałem, jedziemy dalej'.
A cóż poradzić, że chcę czegoś wyjątkowego?
Niewiele się po tym koncercie spodziewałem.
W pierwszych kilkunastu minutach zdałem sobie nawet sprawę, że _nie_ma_
żadnego utworu, na który bym czekał z utęsknieniem, jak np. na Revealing
na koncercie Yes czy One Time na King Crimson.
Teraz, bogatszy o te 2.5 godziny wiem, że takiego koncertu Wakemana nie
mogłem przewidzieć i że w hierarchii przeżytych występów wskoczy na
drugie miejsce po Crimsonach.
Że był to właściwie koncert modelowy, do którego jakiekolwiek późniejsze
występy ludzi związanych w jakiś sposób z Yes będę odnosił.
Utwory: (moge sie mylic co do tytulow, w plyty chyba trafiam):
0. Journey
1. Never is a long time
2. Artur/Sir Lancelot
3. The Visit
4. Katarzynka I
5. cos z No Earthly Connection (moze troche pozniej)
6. The Hymn + Robot Man
7. Katarzynka II (?)
8. Merlin the Magician
9. Katarzynka III
10. poczekajcie, musi byc jakas niespodzianka
BISY:
11. Buried Alive
12. Eleanor Rigby
Tak wiec znacie juz setliste, Ci wszyscy, ktorzy na koncercie nie
byliscie, dokonujecie szybkiej analizy rzeczy znanych i nieznanych.
Wersji studyjnych, zgłębianych w fotelach, z zimnym piwem na podorędziu.
Żałujcie. Po trzydziestokroć.
My - będący - żałujmy, że już po koncercie.
ZESPÓŁ.
To jest jednak duża różnica. Wszyscy wiemy, co potrafi Rysiek solo, tym
razem jednak sprowadził dodatkowo 5 osób:
- Adaś (my little boy - jak powiedział Rick) na klawiszach
- jakiś młodziak na basówce
- gostek z gitarą, mogło by go nie być
- stetryczały perkusista, przejawiający czasami objawy żwawości
- WOKAL
Rysio.
To nie te czasy, gdy nie mógł się wygrzebać spoza kręgu klawiatur. Tym
razem było skromnie - na oko 5-6. Niestety troszkę go te instrumenty
zasłaniały
Adam - od razu wiemy, kto jest tu bossem, bo Adam miał chyba nie więcej
niż 4 klawiaturki.
WOKAL - to be continued (Damian Wilson mu na imię)
(Acha, prądu nikt nie wyłączył)
Journey. Zaczęli.
Pierwsza poważna owacja pojawiła się wcale nie po wejściu Ricka, a po
pierwszym odezwaniu się wokalisty.
Niech sobie Marek pisze co chce :) - dla mnie był to właściwy GŁOS na
właściwym miejscu. Zamiast jakiś cherlaków z płyt studyjnych czy
koncertu w Hammersmith nareszcie mamy porządnego, wyciągającego,
progmetalowego wokalistę.
Dejavu. Byłbym zapomniał.
Rok 1973, video Yessongs. Rysiek w pelerynie.
Miał ją i teraz.
Wyobrażacie sobie?
Never is a long time. (kawalek z Return... i tam gral Rabin).
Tutaj gitarzysta (poczatkowo poprzez dlugie wlosy i niesmiale spojrzenie
myslalem ze to jakas laska) chcial sie popisac jak Trevor - ... nie
wyszło mu (to be continued)
(bede przeskakiwał)
The Hymn (z płyty 1984, tam był wokal Andersona)
Od faceta, który przypomina Dio lub LaBrie trudno się spodziewać, że
zaśpiewa jak Jon. I trudno mieć wyrzuty, że mu się nie udało. Ale: jego
próby robiły wrażenie.
Do Merlina jednak niewiele się działo.
Tradycyjne Best of.
Niestety Rysiek nie opowiedział ani jednej historyjki, za to na początku
przeprosił, że nie mówi po polsku i poprosił, ze jeśli ktoś czego nie
rozumie, to niech zapyta sąsiada. Ponieważ głównie zapowiadał utwory,
nie było za dużo do rozumienia.
Jeśli ktokolwiek uważał, że niniejsza recenzja jest lekko chaotyczna,
teraz będzie musiał zmienic to zdanie.
Bo zespół zagrał Merlina.
Rysiek uprzedził lojalnie, że aranżacja odbiega od oryginału.
W rzeczy samej.
Rysio wziął w pewnym momencie klawisze-jednopalcówkę (a la Tony Kaye z
lat 80) po czym wyszedł w publiczność. Że go nie stratowali, cud.
Na to Adam również skoczył po jednopalcówkę (w kolorze żółtym; Ricka
była w różowym).
Pomotał się trochę po scenie i wywołał starego na pojedynek.
To na zmianę, to unisono walczyli na solówki.
(więcej napiszą inni, po koncercie Piotrek z Lubomirem mieli parę
ciekawych koncepcji)
Ludzie, którzy już wcześniej podnieśli się z miejsc, teraz wypełnili
sobą przestrzeń pod sceną.
Wokalista, jak to progmetalowiec próbował (o 2 utwory dalej) popływać
sobie na naszych rękach - łaskawie pozwoliliśmy mu nie rozbić łba o
posadzkę.
Utwór 10. A teraz będzie coś z Yes. Starship Trooper.
tadara tadara
tadara ta da ra
plink
plunk
plonk
pimpum pom. bom bommmm
Sister Bluebird
i dalej już znacie.
Tak, na początku zmyłka z Heart of The Sunrise.
Deklaracja.
Jeśli nie będe miał bootlega i zdjęć z tego koncertu to się pochlastam.
Co do zdjęć - robiło je mnóstwo ładnych rickomaniaczek, a ja głupi nawet
nie zapytałem o kontakt.
Ile minut można grać Troopera? Nie mierzyłem, chyba grali 20 z górką.
Przez pierwsze 5-10 minut lecieli jak partytura nakazuje. Niestety Wurma
nie zagral Rysiek (jak w Robaczku z Zielonych Pol, prezentowanym nam
kiedys przez Mariusza), ale ów gitarulek, przy jego finezji, Trevor
Rabin to bóstwo.
No, ale Starship powoli zaczął się rozmywać, a to za sprawą pomysłów
muzyków.
Ponieważ większość działa się jednocześnie, wymienię tylko:
- Basista i Adam weszli na kolumnę 4metrowej wielkości
- Wokalista rzucił się w tłum, poleciał gdzieś na tył sali, tam skakał
po balustradzie (ochrona nawet nie próbowała go ścigać)
- Gitarzysta krocząc dostojnym krokiem Chrisa S. przemierzył widownię
wszerz i wzdłuż.
- Rysio grał.
- Adam pozazdrościł Wilsonowi i też wlazł na balustradę, o ile jednak
wokalista tylko biegał i przybijał piątki, Adam cały czas grał.
[tu należą się słowa uznania ekipie technicznej. Adam miał klawisze na
kabelek. Wyobrażacie sobie, jak goście musieli zasuwać przy odwijaniu i
zwijaniu tego kabla, gdy Adam dostał skrzydeł????]
Natura poskąpiła mi talentu, to widać. Ale nawet liczni na naszej liście
autorzy lepiej władający piórem chyba tego nie opiszą.
Totalne szaleństwo.
Dinozaury? Adam ma dwadzieścia parę lat, basista był jeszcze młodszy,
wokal około trzydziestki.
Niesamowita zabawa. A Rick, był tam jak mistrz ceremonii, w swoim
płaszczu, królewskiej pozie.
Na końcu Eleanor Rigby.
Dla mnie miało to (niezamierzony zresztą) efekt symboliczny.
Eleanor Rigby - bootlegowe, potwornie zjechane nagranie Yesów z 1969,
jest dla mnie przeniesieniem do samych pionierskich początków, gdy grali
covera Beatlesów jako ówczesny już klasyk i hołd dla zespołu. Teraz ER
zakończyło ostatni koncert wielkiego muzyka Yesów. Jeden utwór, 30 lat.
Wspomnieniom,
Z umiłowaniem,
Śvirek.
Udział wzięli:
Rick Wakeman z zespołem.
Robert Drózd
Marek Jedliński
Łukasz Wierzbicki
Piotr Nerło
Rafał Pudło
Witold Czuszyński (znalazł nas dopiero po koncercie)
Tomek Jarosz
kilkaset osób w Sali Kongresowej (balkony były puste, na dole pełno,
drugi poziom 2/3)
Po koncercie w składzie zredukowanym do pięciu osób wypiliśmy po piwie i
rozeszliśmy się w dwie strony świata. Pięknie było
PS-y:
- Wizytówki i nalepki, które zostawiliśmy dyskretnie w szatni rozeszły
się błyskawicznie (Piotrek próbował też marketingu bezpośredniego :)
--
Robert Drózd <rdrozd@sgh.waw.pl>
"Nieoczekiwana awaria "
/Komunikat Windows 95/