Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Yes - klejnot

[Zdjęcie z warszawskiego koncertu]

W trakcie solówki Chrisa Squire'a,
gdy kolorowe światła
grały na jego krótko ostrzyżonej
głowie, poczułem, że odlatuję.

Yes - klejnot

Dawno temu, podczas koncertu Davida Bowiego z cyklu Diamond Dogs Tour, poczułem coś podobnego. Wtedy Bowie, w połowie utworu zniknął ze sceny, żeby w kulminacyjnym momencie zjechać na nią na krzesełku poruszanym długą, hydrauliczną dźwignią. W Sali Kongresowej nie było nic tak widowiskowego. Oprawa świetlna była, owszem, piękna, solówka Squire'a fajna, zaangażowanie całkowite. Ale działo się też coś więcej. Zrozumiałem, że reszta widowni, a także muzycy Yes, musieli czuć się podobnie. Skupienie potrzebne do tworzenia muzyki tego rodzaju przeobraziło się w stan wyższego uniesienia. Muzyka, jak potężna fala, porwała nas i nie puściła do końca koncertu. Nie chciałem, żeby się kiedykolwiek zatrzymała, było tak pięknie być przez nią niesionym, rozkoszując się perfekcyjną i natchnioną grą Yes.

Yes i ja spotkaliśmy się dość późno, bo dopiero w okolicach trasy promocyjnej Fragile. Grali wtedy na poziomie technicznym niespotykanym w świecie rockowym. Ale na koncercie wypadli, jakby byli nieco... zmęczeni. Jednak nawet wtedy muzyka, którą grali, i precyzja, z jaką to robili, robiła piorunujące wrażenie. Występując w Sali Kongresowej, mieli za sobą długie burze, rozłamy, nieporozumienia. Zabrakło zresztą Ricka Wakemana. Na jego miejscu znalazł się Rosjanin, Igor Korochev, podobno znający cały repertuar Yes na pamięć. Zatrudnienie drugiego gitarzysty, Billy'ego Sherwooda, producenta ostatniej płyty grupy, Open Your Eyes, w sumie wydawało mi się zbędne, ale muzykowi udało się wtopić w brzmienie i styl zespołu bez najmniejszego zgrzytu. Jednakże poza drobnymi wypadami solowymi i dyskretnie wykonywanymi "wypełniaczami" jakby go nie było...

Rdzeń zespołu: Jon Anderson, Steve Howe, Chris Squire i Alan White, byt w świetnej formie. Harmonie wokalne brzmiały perfekcyjnie. Szczególnie pięknie wypadły w Heart Of The Sunrise. Trudne podziały rytmiczne zostały wykonane czadowo i pewnie. Z lekka "zamglony" głos Andersona sprostał zakrętom muzycznym i wysokim rejestrom bez najmniejszej oznaki wysiłku. Steve Howe w swoim charakterystycznym poważnym, skupionym stylu, odegrał najdrobniejsze szczegóły skomplikowanych partii gitarowych niemalże tak jak na płytach... Nie był i nie jest on porywającym showma-nem. Nawet wydawało mi się, że czuł się nieco nieswojo w trakcie grania hitowego Owner Of A Lonely Heart. Ale z tego artysty emanuje prawdziwa powaga, skupienie i szacunek do muzyki, którą tworzy. Wspaniale oglądało mi się go i słuchało. Szczególnie, że znam od podszewki słynne The Clap i Mood For A Day, które złożyły się na główną część jego solowego występu. Uczyłem się na nich gry na gitarze klasycznej... Gra Howe'a ciągle fascynuje bogatą fakturą i nietuzinkowymi brzmieniami, które w tak charakterystyczny sposób wypełniają muzykę Yes. Nastroje jakże inne od reszty dawnej i obecnej artrockowej rodziny..

Alan White, najwyraźniej w świetnym nastroju do gry, wypełnił salę bardzo błyskotliwą, ale i wyważoną partią perkusji. To ewidentnie człowiek, który nie musi niczego udowadniać. Niezwykle uważnie słucha otaczających go muzyków i reaguje na najdrobniejsze niuanse ich gry.

Przyznam, że brakowało mi trochę Ricka Wakemana. Mimo że Igor Korochev spełnił jego rolę znakomicie, Wakeman ma prezencję estradową, która naprawdę przykuwa uwagę i ożywia jego wirtuozowski wkład w twórczość Yes. Ale to szczegół... Korochev był muzycznie bez zarzutu. Nagłośnienie było doskonałe i selektywne. Szczegóły wszystkich partii czytelne i przejrzyste.

Długość koncertu i kolejność utworów też była znakomicie zaplanowana. Anderson zachwycał się obecnością w Polsce, nawet nawiązał do Solidarnościowej tradycji i świetnie wprowadzał w atmosferę przyjaznego spotkania z dorobkiem muzycznym Yes. Nie było czuć najmniejszego upływu czasu. Wszystko brzmiało, jakby było skomponowane wczoraj... Idealnym zwieńczeniem wieczoru były bisy, Starship Trooper i Roundabout, wykonane kunsztownie i z pasją. Chciałbym zawsze bywać na takich koncertach, gdzie muzycy dają z siebie wszystko, a muzyka - jak szlachetny klejnot - lśni tysiącem zachwycających barw.

KRZYSZTOF CELIŃSKI
Fot. Grzesiek Kszczotek
Tylko Rock 6/98 s.59






Na Yesomanii od 20 sierpnia 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd