Poniższą relację z solowego występu Steve'a Howe'a nadesłał mieszkający w Stanach Krzysiek.
W piatkowy chlodny wieczor, 27-ego Pazdziernika
mialem okazje udac sie na solo-show Steve'a w
miejscowosci o nazwie Sayreville, NJ. Bilet zakupilem
tydzien wczesniej w klubie of nazwie Bene, gdzie
koncert sie odbyl. Mialem dosyc duze klopoty ze
znalezieniem klubu gdyz sie okazalo, ze organizatorzy
zmienili jego nazwe do Kromo czego powodem bylo duze
zamieszanie. Organizatorzy klubu byli slabo
zorganizowani. Zaskoczylo mnie, ze taki skromny klub
bedzie goscil Steve'a, gdyz nie robil na mnie zbyt
wielkiego wrazenia w kontrascie do miejsc jak w
Hiszpani, ktore oprocz Steve'a goscily rowniez
pionierow jak Mozart(przynajmniej tak Steve mowil, ze
gral na tej samej scenie co Mozart).
Koncert odbyl sie of rownej osmej. Kiedy
zajechalem do klubu (ok. 7-ej) to juz byla dosyc dluga
kolejka wiernych fanow. W koncu wszedlem dosrodka i
probowalem znalezc dobre miejsce w przodzie ale troche
za pozno, takze usytuowalem siebie w centrze. Scena
wygladala dosyc skromnie w ostrym kontrascie do Yes'u
drobnych szczegolach. W centrze byly zlokalizowane 5
guitary siegajacych od klasycznej, elektrycznych (2:
Les Paul, Gibson), akustyczna i mala stalowa gitara.
W tle byla rozwieszona tkanina razem z dywanikiem na
scenie. Godzina 8-sma nadeszla, DJ przedstawil
virtuoso wieczoru, no i Steve wyszedl. Steve(w
okularach) wygladal z relaksowany i bez slowa zaczal
grac "Beginnings," ktory jest swietnym kawalkiem w
klasycznym stylu. Po tym kawalku lista byla
nastepujaca:
HERITAGE
ALL'S A CHORD
CORKSCREW
SURFACE TENSION
RIVIERA
DOROTHY
THE ANCIENT
CLASSICAL GAS
GALLIARD
MOOD FOR A DAY
NIGHT TRADE
RHYTHM OF THE ROAD
RAM
INDIAN RUN
SECOND INITIAL
WINTER(Vivaldi's)
COUNTRY MIX
MASQUERADE
CACTUS BOOGIE
VALLEY OF ROCKS
CLAP
RUNNING THE HUMAN RACE
SOON
Lista utworow byla bardzo dobrze dobrana w
zwiazku z balancem roznych stylow grania guitary
jakrowniez do electrycznej czesci z rytmicznym
podporem. Mila nispodzianka bylo uslyszenie "Bring me
to the Power" z KTAC II, ktore doskonale brzmial
odzwierciedlajac Steve'a solo umiejetnosci.
Show skladalo sie z dwoch czesci, pierwsza trwala
ok. 40 min, druga ok. 50 min. Co brakowalo chyba bylo
Steve'a spiewanie, ktore niezawitalo tym razem ale
Steve ma wystarczajaco duzo materialu bez spiewania.
Miedzy utworami, maestro zartowal z fanami.
Wspomnial, ze gdyby nie zobaczyl swojego imienia na
tablicy to by nigdy nie trafil do klubu, ktore
zmnienilo nazwe. Z gitarzysty punktu widzenia
uswiadomilem sobie jak duzo mi brakuje do owego
poziomu. Gosc byl fenomenalny. Wszystko bylo
perfekcyjnie zagrane. Nawet kawalek, ktory ukaze sie
na przyszlej "Relatives and Friends II" jak rowniez
Vivaldi'ego "Zima" z Czterech Por Roku. Naturalnie
standardy: "Mood for a Day," "Masquerede," "Ancient"
czy "Clap" musialy byc zagrane. Ale duza
niespodzianke zrobil kawalek "Soon" z Gates, ktory byl
zagrany jako ostatni na kolanach Steve'a.
Po show, postanowilem zostac chwile. Wzialem ze
soba okladke z "Homebrew I" z celem otrzymania
autografu. Bylby to dla mnie nastepny sukces(razem z
2 autografami z Yestival-u). Podobnie jak wczesniej,
zawalilem numer z aparatem fotograficznym, ktorego nie
mialem ze soba. W miedzy czasie druzyna operacyjna
Steve'a zaczela skladac sprzet oprocz 5 gitar, ktore
oczekiwaly na Steve'a aby je zapakowac. Po ok. 30
minutach Steve powrocil i zaczal podpisywac autografy
fanom, ktore musialy byc zrobione w pospiechu gdyz
dyskoteka byla przygotowywana. Stanalem w kolejke i
w koncu moja nadeszla. Bylem ze Steve'm twarz w
twarz(tym razem na spokojnie). Korzystajac z
sytuacji, podziekowalem mu za wyslanie mi email 3 lata
temu jak rowniez za nowy autograf. Nastepnie to
przesunalem sie na bok, patrzac na fanow(ktorzy
przyniesli swoje gitary, stare plyty, koszulki, itd.
do podbisania) jak rowniez na Steve i probujac zrobic
ewaluacje sytuacji. Przeklinalem siebie, ze aparatu
nie mialem, gdyz stalem obok niego przez dluzszy czas
bez blokowania czy popychania. Byl tam tez gosc z
gitara marki Fender Strat. na ktorym byly podpisy
roznych gitarzystow, miedzy innymi gosc z The Doors.
Steve rowniez zagral kawalek "Diary of the Man Who
Vanished" w miedzy czasie. Kiedy ludzie otrzymali
swoje autografy, automatycznie odchodzili, gdyz
organizatorzy praktycznie wypedzali fanow z klub-u.
Ja jeszcze sie chwile czailem, patrzac sie na Steve'a
skladajac swoje gitary. Na zewnatrz rowniez
poczekalem az wyszedl i w siadl do bialego
Mercedesa-Wagon i odjechal. Zwariowany pomysl na mnie
nadszedl aby dogonic Mercedesa swoja maszyna ale bez
sukcesu.
Generalnie, koncert byl bardzo dobry. Steve
pokazal swoja najlepsza strone. Jego sposob grania
nie wiele sie zmienil do 70-tych lat i mam nadzieje,
ze nastepna plyta Yes bedzie powrotem do tego typu
grania.