Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Yes - koncert z Toronto

Juliusz Chró¶cicki
Yesomania


Przygotowania do koncertu rozpoczalem pare dni wczesniej wyciagajac z szafy koszulke, ktora nabylem podczas Union Tour. Koszulka jest swietna bo przedstawia okladke z "Tales" , ale niestety nabylem rozmiar sredni, a teraz nosze XL, tak wiec po jej zalozeniu czulem sie jak w kondomie. Zona dostala bojowe zadanie rozciagniecia jej i udalo sie to na tyle, ze przynajmniej moglem oddychac.Wszystkie te zabiegi oplacily sie, gdy zostalem przed koncertem dwukrotnie zaczepiony przez nieznajomych, ktorzy gratulowali mi wdzianka.

Massey Hall jest teatrem wybudowanym pod koniec zeszlego stulecia i z tego tez wzgledu uchodzi tu za powazny zabytek. Moze pomiescic jakies 2800 ludzi, akustyka jest zupelnie niezla, wygoda zalezy od tego gdzie sie siedzi. Mnie trafilo sie swietnie: szesnasty rzad na parterze, pierwsze miejsce przy srodkowym przejsciu (jest gdzie nogi wyciagnac), a po drugiej stronie przejscia stol mikserski, niczym niezaklocony widok na cala scene.

Publicznosc byla glownie w wieku srednim (mowiac oglednie) i po raz pierwszy od dluzszego czasu nie musialem sie obawiac, ze mnie za wiek wyprosza, bo tego nie lubie. (Zaslyszane w kolejce do baru: "Co ci przychodzi do glowy, gdy myslisz o Yes?". "Starship Trooper".) Ludzie powoli zaczeli sie schodzic. Podszedlem pod scene. Przestrzen za glosnikami po lewej stronie wygladala jak dzial gitarowy szanujacego sie sklepu muzycznego - nie trzeba bylo jasnowidza, zeby sie domyslec kto bedzie tutaj urzedowal. Jak ktos gdzies napisal, Steve Howe gra na wszystkich gitarach znanych ludzkosci oraz trzech uzywanych przez mala kolonie na ksiezycu Jowisza.

Nagle rozlegly sie pierwsze dzwieki "Firebird Suite". Publika rzucila sie nerwowo do swoich miejsc a gdy muzycy pojawili sie na scenie przywitala ich pierwsza owacja na stojaco. Od lewej do prawej: Steve Howe, drobny i coraz bardziej przypominajacy wygladem Charlie Wattsa, promieniujacy zyczliwoscia Jon Anderson, Chris Squire - ubrany w ciezkie buciory, biale spodnie do polowy lydki, ciemno-zielona koszule, wisiorek wygladajacy z daleka jak dog tags, bialy lekarski fartuch - wygladal jakby sie zerwal z serialu MASH; i wreszcie stojacy z boku nie wadzac nikomu Billy Sherwood. W tyle, obstawieni swoimi instrumentami, Igor Koroshev i Alan White. Przeszli zgrabnie w pierwszy utwor wieczoru "Yours Is No Disgrace". Jon oprocz spiewu zlapal sie za klawisze, a Chris zaczal sie rozkrecac, prezentujac jakis szalony taniec z wirowaniem na jednej nodze. Jakis wujek siedzacy tuz za mna zaczal wydzierac sie "Igor, Igor" z regularna czestotliwoscia i uporem godnym lepszej sprawy. Gdy skonczyli, wszyscy zerwali sie na rowne nogi i uczestowali ich nastepna owacja. Reszta zespolu zajela sie swoimi sprawami, a Jon odspiewal, przy akomaniamencie Igora na fortepianie, fragmnty "Time And A Word". Wujek za mna wydarl sie znowu i zapytal siedzacej obok kobiety: "Jak myslisz, uslyszal?". Kobieta wyrazila watpliwosc, na co ja, korzystajac z okazji, powiedzialem "Natomaist ja cie slysze swietnie". Facet obok mnie poslal mi pelne zyczliwosci spojrzenie. Wujek z tylu dodal tytulem usprawiedliwienia: "On jest przeciez takim swietnym muzykiem", ale aluzju ponial i zamknal sie.

Nastepnie przyszla kolej na pierwszy kawalek z The Ladder - "Homeworld". Zabrzmial bardzo dobrze i dlatego bylem zdziwiony dosc obojetnym przyjeciem. Oklaski byly jak dla ministra rolnictwa po referacie na temat sytuacji na froncie buraka cukrowego. W czasie przerwy przed nastepnym utworem Jon zaspiewal, przy pomocy Igora na fortepianie, dwa wersy z "Homeworld": As I will always need you inside my heart". Niby nie bylo to nic wielkiego,ale taka drobna perelka ucieszyla bardzo. Potem byl kawalek "Perpetual Change" gdzie Steve odegral piekne solo, w czasie ktorego Billy wyskoczyl za kolumny zlapac macha. I znowu owacja na stojaco, tym razem glownie pod adresem Steve'a. Wiele osob mowi o tym, ze Steve nie wyglada na zachwyconego tym co robi. Nie wiem, brak usmiechu i zacieta twarz moge polozyc na karb koncentracji wysokiej klasy profesjonalisty, ktory calkowicie oddaje sie swoej muzyce. Jednak w pewnym momencie zauwazylem, ze zaslonil twarz dlonia i stal tak przez dobre pol minuty. Gdy zabral reke jego twarz niczego nie wyrazala ale nie zdziwilbym sie gdyby sie okazalo, ze jest powaznie chory.

Jon zapowiedzial dwa utwory z najnowszej plyty. Pierwszym byl "Lightning Strikes" wykonany bardzo zywiolowo i szybko. Jon dal plame bo zapomnial slow w drugim czy trzecim wierszu i przez chwile zapanowala drobna konsternacja, ale zaraz polecieli dalej posrod ogolnego smiechu. Kawalek ten zabrzmial lepiej niz na plycie, gdyz utracil swoje latyno-amerykanskie zabarwienie, poza bossa-nova na wstepie. Byl to duzy popis Chrisa na zielonym basie i na zakonczenie i jemu przypadla w udziale kolejna entuzjastyczna owacja. Potem Jon opowiedzial o tym jak pracowali nad ta plyta w Vancouver z Brucem Fairbanksem, ktory przekonal ich, ze sa jeszcze w stanie stworzyc cos dobrego. (Oklaski na widowni.) Poprosil ich o piosenke o czym waznym, co im przyjdzie do glowy. "Nie wiadomo dlaczego, powiedzial Jon, pomyslalem o Bobie Marleyu i postanowilem napisac o nim. Tak wiec nastepny utwor, "The Messenger" jest o Marleyu i dedykowany Bruce'owi, ktory jest w tej chwili w niebie". Tutaj Igor mial pole do popisu i kawalek zaprezentowal sie bardzo przyjemnie. Juz po jego zakonczeniu Jon znowu zanucil "One world, one touch, one voice, one life", a Igor zawtorowal mu na fortepianie. Potem chlopcy choralnie odspiewali "Nous sommes du soleil" i przeszli do jednego z najlepszych utworow wieczoru: "And You And I". Jak oni to zagrali. Ciarki jeszcze chodza mi po plecach gdy o tym pisze. Bylo tam wszystko co stanowi o wielkosci Yes, a na dokladke jeszcze Chris na organkach. Nie musze dodawac, ze gdy zakonczyli, na widowni rozpetala sie burza. Gdy sie uspokoilo Jon powiedzial, ze gdy nagrali ten utwor, ktos stwierdzil, ze jeszcze za dziesiec lat bedzie sie tego sluchac. Wrzawa. "Ja odparlem, ze jest to malo prawdopodobne, co najlepiej dowodzi, ze sie w ogole nie znam, gdyz "Close To The Edge" ukazalo sie w 1972 roku". Ogolny smiech.

Nastepne dwa kawalki to "It Will Be A Good Day" i "Face To Face". Zabrzmialy zupelnie dobrze, ale byla to jakby cisza przed burza. Kolejny utwor - "Hearts" - to popis Billy'ego, ktory nie tylko odegral ciekawe solo, ale odspiewal jedna zwrotke. Dostal rzesiste oklaski, w czsie ktorych podszedl do Jona i cos mu powiedzial. "O przepraszam, zapomnialem przedstawic - Billy Sherwood, gitara".

Potem bylo "Awaken". Tego sie nie da opisac, to trzeba przezyc. Muzyka zabrzmial wspaniale, majestatycznie, dzwieki wypelnialy cala przestrzen. Na ekranie za scena pojawialy sie jakies posepne widziadla w konwencji Rogera Deana. Chris gral na trzy-gryfowym wynalazku, Jon przygrywal na lutni, z sufitu sypal sie deszcz blyszczacych paskow papieru. Nawet gdyby zagrali tylko ten jeden utwor, warto byloby pojsc na koncert. Potem Jon zaprosil publicznosc do wspolnego spiewania i byl to dosc interesujacy widok: podtatusiali faceci podrygujacy w przejsciach miedzy rzedami do rytmu "I've Seen All Good People", ktory zakonczyl koncert.

Po paru minutach wyszli na bis, na poczatek tylko w czworke - Igor, Alan, Billy i Chris - i odegrali z werwa "Cinema" nadajac mu fajne, ciezkie brzmienie. Gdy Steve i Jon dolaczyli do nich, przeszli do "Owner Of A Lonely Heart", ktory zostal oczywiscie powitany entuzjastycznie. W czasie drugiego kawalka zagranego na bis - "Roundabout" - ruszylem pod scene i mialem okazji podziwiac ich przez kilka minut z odleglosci paru metrow. Najwieksza zabawe mial chyba Chris, szczerzacy sie bez przerwy do publicznosci oraz Jon, machajacy do wszystkich wokol. Steve do konca nie zmienil wyrazu twarzy a lekki grymas jaki zagoscil na jego ustach w czasie koncowych uklonow moznaby uznac za pol-usmiech, przy duzej ilosci dobrej woli. Igor i Alan wreszcie ukazali sie w calej okazalosci: Igor w spodniach od dresu i eleganckiej, lekko blyszcacej koszuli (jestem ciekaw kto go ubiera); Alan mial na sobie wdzianko, w ktorym wygladal jak ciezarowiec i to on podawal haslo do wspolnego dygania. Chris zdazyl juz dorwac szklane piwa, z ktora paradowal po calej scenie. Jeszcze tylko Jon zyczyl wszystkim Wesolych Swiat i trzeba bylo sie rozejsc.

Nie ma co do tego dwoch zdan, koncert byl niezmienie udany i zadowolil zarowno publicznosc jak i zespol. Wygladalo na to, ze chlopaki byli szczerze uradowani odpowiedzia publicznosci na ich granie. W pewnym momencie Jon podziekowal nam za napiecie w jakim sluchamy ich muzyki i bylo widac, ze zgotowane przyjecie sprawialo mu przyjemnosc. Jezeli mialbym wybrac najlepszy fragment koncertu, bylby to remis pomiedzy "And You And I" oraz "Awaken" ale i reszta nie pozostawiala niczego do zyczenia.




Na Yesomanii od 13 grudnia 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd