------- list I ----------
Witam...
;-)))))))))))))))))))))
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
.....
.....
;-))))))))))))))))))))))
....
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
Kansas..... Yes
Yes ...... Kansas
Urwal nac .... co za koncert - zespoly te jak stare wino sa coraz lepsze
;-)))))))))))))
Nigdy nie myslalem ze bedzie mi dane zobaczyc takie zespoly ... z takim
repertuarem ... i w takiej formie....
Najpierw Waters, a teraz Kansas i Yes ;-))))
Wybaczcie, dopiero co wrocilem i ciagle jestem pod wrazeniem :-))))))
Pozdrawiam, Peter
------- list II ----------
> > ;-)))))))))))))))))))))
> > Kansas..... Yes
> [...]
>
> Piekna recenzja ;-)
Ciesze sie ze sie podobala ;-)
>
> A kiedy jakies szczegoly - zwlaszcza o Kansas (bardzo bym chcial ich
> zobaczyc na zywo... ).
A wiec bedzie o Kansas .....;-)
To tez bylo moje marzenie i trudno uwierzyc ze sie spelnilo. Niewiele
zreszta brakowalo aby koncert ten byl zmora bo przed poludniem zaczelo
lac i padalo az do czasu kiedy juz jechalem na koncert. Wizja stania w
deszczu na blotnistym, pochylym stoku nie napawala mnie zbytnim
optymizmem. Jednak jak sie to mowi "wiara czyni cuda" i w drodze na
koncert wlasnie stal sie pewnego rodzaju "cud" - przestalo padac i
pomimo otaczajacych nas i groznie wygladajacych chmur nie spadla juz ani
kropla ;-)))
Sam koncert zaczal sie dosc wczesnie bo punktualnie o 19:30 - tak jak
byl zaplanowany. Szkoda ze ludzie prawie przez caly czas koncertu
dopiero zajmowali swoje siedzenia. Dopiero pod koniec zapelnilo sie i
atmosfera zrobila sie goraca.
A sam koncert..... Pomimo ze zagrali bez Kerry Livgren'a to bylo
kapitalnie. Zagrali z niesamowitym wykopem co ciekawie sie prezentowalo
z ich wygladem - chlopaki sie postarzeli, ale bynajmniej nic nie
stracili ze swojej energii. Robby Steinhardt szalal ze skrzypkami na
scenie (bardzo w sumie przypominalo mi to nasz Krzak i Bledowskiego ;-),
Steve Walsh ciagle skakal za klawiszami, a Richard Williams z "pirackim
okiem" dawal czadu na gitarze - w sumie bylem pelen podziwu ;-)
Ale przede wszystkim liczylo sie to co zagrali, a byly to glownie
sztandarowe kawalki Kansas sprzed 25 lat - czyli tak charakterystyczne
skrzypki, gitara i glos Steve'a Walsh'a czy R. Steinhardt'a .... i
kawalki takie jak Carry on..., Point of ...Dust in the Wind. Z nowej
plyty zagrali w sumie jeden czy dwa kawalki, ale poniewaz sa one podobne
stylowo spasowaly idealnie do repertuaru. Niestety caly koncert Kansas
trwal zaledwie godzine gdyz grali jako "support band" ;-(
Wprawili przy tym ludzi w niezla konsternacje gdy tak po 35 czy 40
minutach zeszli ze sceny - widac pomimo krotkiego czasu wystepu chcieli
stworzyc wrazenie gwiazd (na takie miano zreszta wg mnie w pelni
zasluguja ;-) ... bo pozniej ochoczo wybiegli i jeszcze zagrali trzy
kawalki, co zreszta zostalo owacyjnie przyjete. Niestety na kolejne bisy
juz nie bylo szans co dano publice do zrozumenia gdy zaswiecono swiatla
i obsluga zajela sie zmiana sprzetu.
Pomimo tego krotkiego czasu wrazenia po koncercie sa niesamowite i juz
za ten wystep wartalo zaplacic za wstep ;-)))
A ...... po blisko polgodzinnej przerwie pokazal sie YES :-)))))))
To kolejne spelnione marzenie ... i tak jak juz pisal Robert rowniez Yes
zagral wylacznie utwory z najlepszego okresu. Trasa koncertowa Yes jest
wogole zatytulowana "Masterpieces" i na miano to absolutnie zasluguje
;-)))
.... ale to juz "bajka" na nastepny raz ;-)))
Pozdrawiam, Peter
------- list III ----------
Witam,
Juz napisalem o okolicznosciach w jakich koncert mial miejsce i wiecej o
koncercie Kansas - z tym ze brakowalo mi listy utworow, ktore zespol gral.
Czas wiec zeby to naprawic, a wiec oto lista utworow zagranych przez Kansas
tego wieczoru w kolejnosci ich wykonania:
Mysteries and Mayhem
Miracles Out of Nowhere
Icarus II (z nowej plyty: Somewhere to Elsewhere)
Icarus
Hold On
Not Man Big (z nowej plyty)
Portrait (plus w koncowce urywek z Magnum Opus)
tu niejako zakonczyla sie oficjalna czesc ich wystepu (po 45 minutach),
oczywiscie zostali wkrotce owacyjnie ponownie przyjeci na scenie i juz na
bis wykonali nastepujace utwory:
Point of Know Return
Dust in the Wind
Carry On Wayward Son
... i tym sztandarowym kawalkiem zakonczyli swoj znakomity zreszta wystep -
aczkolwiek znacznie za krotki gdyz calosc trwala zaledwie 1 godzine.
Zaswiecono swiatla i zajelo pol godziny zanim wystapila glowna atrakcja
wieczoru a wiec YESSSSSSSS.....
Przyznam sie ze jedynym sygnalem, ktory mialem co teraz Yes gra na
koncertach byla wiadomosc od Roberta ze juz nie ma Billy Sherwood'a i ze
wykonuja Gates of Delirium. W zwiazku z tym moje nadzieje na zobaczenie i
uslyszenie czegos absolutnie wspanialego znacznie wzrosly..... oczywiscie
jest to o tyle grozne ze mozna sie tym bardziej zawiesc .... ale na
szczescie tak sie nie stalo ;-)
Pol godziny czekania uplynelo w sumie bardzo szybko - skorzystalem z okazji
i w miedzyczasie wyskoczylem kupic program Yes z tej trasy, bardzo ladnie
zreszta wydany i zawierajacy sporo historii grupy od samych jej poczatkow...
Zapadal juz zmrok, tak ze duze ekrany na ktore trzeba bylo patrzec aby
zobaczyc przyblizenia bylo juz wyraznie widac (co bylo minusem przy Kansas,
ktory gral jeszcze przy swietle dziennym).
Czarne chmury otaczaly amfiteatr i wlos mi sie jezyl na mysl co bedzie gdy
zacznie padac ... mysle ze niejedne blagalne oczy tych ktorzy byli pod golym
niebem (wlacznie ze mna ;-) zwracaly sie do "wyzszej instancji" o
milosierdzie ..... i prosby te
zostaly wysluchane ;-)))
W koncu swiatla na scenie zostaly wygaszone i z glosnikow zaczela plynac
muzyka na wprowadzenie.... swiatla oswiecily scene i juz sa .... Zespol
Kansas podczas swojego koncertu nie mial zadnego tla, ale przy Yes z tylu
sceny pojawilo cos jakby duze szerokie i poskrecane wstegi, podswietlane
typowo Yes'owskimi pastelowymi kolorami, ktore zmienialy swoje barwy w
zaleznosci od kawalka czy nastroju. Trzeba przyznac ze sceneria zrobiona w
b. dobrym guscie i na dodatek sama w sobie wprowadzajaca w odpowiedni
Yes'owski swiat ;-)
Ale zaczelo sie ... i to od samego Close to the Edge .... hurra... jednak to
prawda. Przyznam ze nigdy nie myslalem ze bede na koncercie Yes z moich
marzen, a oto nagle przed moimi oczami wlasnie jest. Widac bylo ze nie tylko
ja tak reagowalem bo wszyscy jak jeden wstali wyraznie wzruszeni tym co
slysza. To moj zreszta pierwszy koncert YES (chociaz bylem juz na ABWH) a
wiec i radosc tym wieksza.
Cala lista zagranych utworow jest nastepujaca:
Close to the Edge
Starship Trooper
Gates of Delirium (w calosci)
Fields of Green
Heart of the Sunrise
Ritual ( w calosci)
Your Move/All Good People
na bis: Roundabout
Wszystkie utwory byly wykonane kapitalnie ... jak widac nie moge byc
obiektywny a wiec nie bede opisywal kazdego utworu z osobna bo podobne
okreslenia pasowalyby do kazdego z nich. Postaram sie jednak opisac kilka
szczegolnych detali dotyczacych tego koncertu w Holmdel, NJ.
Przede wszystkim trzeba stiwerdzic ze atmosfera byla wspaniala. Kazdy utwor
byl nagradzany dlugimi owacjami. Wygladalo ze zespol tez byl tym mile
zaskoczony, ale tez ze bardzo im sie to podobalo - usmiechniete twarze
mowily za siebie same, a Anderson - wyraznie wzruszony nie staral sie
przekrzyczec publicznosci i nawet sprawil komplement po CTTE stwierdzajac ze
"musimy byc w New Jersey". W sumie nie wiem dlaczego gdy Anderson przemawial
bylo go bardzo slabo slychac, ale na szczescie gdy zaczynala muzyka wszystko
wracalo do normy ;-)
Widac bylo ze reakcja publicznosci dodawala calemu zespolowi energii i na
efekty nie trzeba bylo dlugo czekac, i to za sprawa Chris'a Squire'a, ktory
w drugim juz kawalku zaczal "szalec" czyli skakac i biegac po scenie, a
uderzenia basu mozna bylo odczuc na wlasnym ciele (pomimo tak dalekiej
odleglosci od sceny). Wogole widac bylo ze caly zespol mial niezla zabawe
... caly to moze przesada .. wygladalo (przynajmniej stad gdzie bylem) ze
Steve Howe byl najbardziej statyczny a jednoczesnie najbardziej
skoncentrowany na tym co sie dzieje muzycznie. Wygladalo to tak jakby to on
wzial na swoje barki glowna odpowiedzialnosc za kierunek jaki zespol
obral. Jesli chodzi o Igora Khoroshev'a to wydaje mi sie ze bardzo dobrze
wszedl w swoja role - chociaz troche zbyt sztywno trzymal sie tego czego od
niego wymagano. Byc moze jest to wynik ciagle bycia "nowicjuszem" w zespole
i faktu ze napewno nie moze sobie na tyle pozwolic co na przyklad w takiej
sytuacji moglby zagrac Wakeman itp.
Zapowiedz Gates of Delirium wprowadzila publicznosc w ekstaze, ale takim
naprawde kulminacyjnym punktem koncertu byl Ritual w trakcie ktorego Howe
zszedl ze sceny a czterech pozostalych muzykow wzielo sie za instrumenty
perkusyjne. Igor zszedl do przodu sceny i na mniejszych bebnach (ustawionych
na stojakach przed nim) na rowni z Alan'em White'em nadawal tempo, Chris
walil na kotlach, Jon na czyms tam przy perkusji Alan'a i Alan ... wiadomo
;-)
.... to bylo cos wspanialego ;-)))
Anderson sprawil publicznosci jeszcze jedna niespodzianke, a mianowicie
zdradzil fakt ze ten wlasnie koncert jest nagrywany ... a wiec moze w
przyszlosci bedzie dane uslyszec go wszystkim ;-)))
Oczywiscie po zakonczeniu podstawowego programu muzycy zeszli ze sceny, ale
tez wkrotce wyszli z powrotem i zagrali na bis Roundabout. Dlugie owacje juz
nie pomogly gdyz zaswiecono swiatla - definitywny znak ze muzycy juz nie
powroca ... szkoda ... taki magiczny wieczor moglby trwac bez konca ;-)
A wiec ... zespol Yes w tak wspanialej formie i z takim repertuarem napewno
pozostanie dlugo w mojej pamieci... to napewno bedzie jeden z moich
koncertow naj... naj... obok takich jak np. zeszloroczny koncert Roger'a
Waters'a, koncert zespolu IQ na festiwalu NEARfest czy sprzed 10-u lat
wczesniej koncert ABWH ;-)))
I to by bylo na tyle ... ;-)
Pozdrawiam, Peter