Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Koncert Yes w Katowicach - Eryk Tink

Autorem poniższej recenzji jest Eryk Tink. Jak mi napisał: Nazwałem to szumnie "recenzją", choć zajmuje niecałą stronę i nosi znamiona "upojenia pokoncertowego" :) Jest to raczej krótki hymn pochwalny tego niezapomnianego koncertu, który do dziś pozostaje dla mnie wydarzeniem magicznym. Tekst został nagrodzony przez katowicki dodatek Gazety Wyborczej.



Przed koncertem scena sprawiała wrażenie niewielkiego namiotu, czy też muszli koncertowej. Nastrój budowały tajemnicze dźwięki natury przerywane co jakiś czas wokalizami czy chórkami. Gdy jednak zgasły światła i rozległy się dźwięki "Siberian Khatru", wszystko nabrało bajkowej oprawy. "Ściany" tego "namiotu" zapłonęły ognistymi barwami, a muzyka brzmiała perfekcyjnie. Wszystko to wywołało we mnie wrażenie przebywania w jakimś innym świecie, innym czasie i innym miejscu - jakby we wnętrzu pradawnego kwiatu, który żyje dźwiękiem i reaguje na muzykę feeriami barw. Co zaskakujące (i wspaniałe), głos Jona Andersona nie zmienił się ani na jotę w ciągu prawie 30 lat - wciąż brzmi świeżo i silnie. Tak samo inni muzycy nic nie stracili ze swych umiejętności: Steve Howe grał perfekcyjnie, Chris Squire pokazał monumentalne ale i gwałtowne brzmienie basu, nie zmienione od czasów "Fish" czy "On The Silent Wings Of Freedom" a Alan White udowodnił że jest w doskonałej formie. Chyba nikt z wykonawców "starej daty", po pięćdziesiątce, którzy reaktywowali słynne zespoły z lat siedemdziesiątych nie potrafi zagrać tak dobrze jak Yes. Nikomu innemu nie chce się też grać tylu długich, pięknych utworów z tamtych lat. A Yes tymczasem gra wszystko, i to jak... Część akustyczna w wykonaniu Howe, a po niej piękny duet z Andersonem (potem jeszcze wzruszający fragment "Polonaise" z Koroszewem) i sola wszystkich muzyków pokazały ich wielką klasę. Mnie najbardziej urzekły stare dzieła, z albumów "Fragile" i "Close To The Edge" - szczególnie "And You And I" i "Heart Of The Sunrise" (ze Słońcem w tle). Nie sądziłem też, że dane mi będzie kiedykolwiek usłyszeć na żywo "Revealing Science Of God", czyli fragment Topograficznych Oceanów. Urzekło mnie to, jak piekielnie dobrze to wszystko brzmi, zupełnie jakby byli akurat na trasie promującej każdy z tych starych albumów z osobna. I jeszcze osobowość Jona Andersona; człowiek-czarodziej roztaczający wokół siebie jakąś ujmującą aurę tajemniczego piękna. W białej koszuli i bezrękawniku wyglądał jak patriarcha celebrujący jakiś starożytny obrządek, co jakiś czas wypowiadający słowa zachwytu to po polsku, to po angielsku.

Nie ma nic, co mógłbym zarzucić samemu koncertowi. Natomiast żałuję, że nie zagrali "Awaken"... Tym bardziej, że były takie zapowiedzi ze strony Andersona. Ale z drugiej strony nowy klawiszowiec miał prawo nie nadążyć z przyswojeniem sobie tego trudnego utworu. No i stąd wypływa drugi żal, już innej natury - szkoda, że nie było Ricka Wakemana. Igor Koroszew grał bardzo dobrze, ale brzmienie Wakemana jest z zespołem Yes tak nierozerwalnie związane, że dziwi mnie jego decyzja o opuszczeniu grupy. Będzie brakować tego niepowtarzalnego brzmienia w muzyce Yes. Tymczasem jednak zespół dał naprawdę urzekający koncert, przeżycie jedyne w swoim rodzaju.






Na Yesomanii od 1 listopada 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd