Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Reichyeskonzertreport :)

From: marek jedlinski (eristic@LODZ.PDI.NET)

No i jak tu zaczac... Zaczne od sali, bo to, gdzie sie jest wplywa na odbior. Columbia Halle to sredniej wielkosci sala (troche wieksza od warszawskiego Remontu). "Plyta" plus niezbyt duzy balkon. Lukasz i ja stalismy na plycie, troche z lewej strony (na wprost Steve'a) i jakies 15 krokow od sceny. Przed nami, obok i za nami tlum - sala byla wlasciwie pelna. Wszyscy stoja - zadnych miejsc siedzacych, chyba ze ktos chcial usiasc na waskim murku przy scianie z lewej albo z prawej strony. Naglonienie dobre - dzwiek czysty i nie ZA glosny.

Scena - z tylu zawieszone proste logo Yes, takie jak na TheLadder (z drewna? ze styropianu?). Od lewej do prawej: Igor i Alan z tylu, a z przodu Steve, Jon, Chris, Billy. Na scenie i obok niej jeszcze troche dekoracji - takie totemiaste slupy z szescioma symbolami z gry Homeworld.

Kocnert zaczyna sie punktualnie, od Firebird, z poczatku cicho, potem coraz glosniej. Jednoczesnie, na scianie z tylu sceny wyswietlane sa slajdy - czarno-biale i kolorowe fotosy z roznych okresow dzialalnosci zespolu. Olbrzymie napiecie, bo wiadomo, ze juz za 15, za 10 sekund sie zacznie. Brawa, gdizdy, krzyki "Yeees!". Wchodza! Wchodza w ostatniej chwili przed wybrzmieniem Ognistego Ptaka. Kilka poteznych akordow gitarowych, z ktorych wylania sie radosne tam-da-ram-dam, tam-da-ram-dam... YoursIsNoDisgrace. Pierwszy utwor koncertu to zawsze czas "rozgrzewki", wiec nie ma tu raczej odjazdow w kosmos, ale wykonanie jest silne, zwarte, perfekcyjne. Aranzacja zblizona do oryginalnej - gdzies pomiedzy YesAlbum a YesSongs. Nie ma wydluzonej solowki Howe'a, calosc trwa mniej-wiecej tyle, ile na albumie studyjnym, ale Steve nie bylby soba gdyby nie dodal kilku wstawek "od siebie" - wlasciwie powtarzajacych to, co znamy z YesSongs. Anderson calkiem juz wyleczony (trzy wloskie koncerty odwolane niedawno z powodu problemow z gardlem), spiewa czysto i czuje sie, ze jest pewien swojego glosu.

Drugi utwor - Homeworld, doskonale wypada na zywo, moze nawet ciekawiej niz na plycie studyjnej. I tu zaczynaja dochodzic do glosu elementy, ktorych nie sposob opisac, a ktore sprawiaja, ze chcialo sie jechac na ten koncert i teraz chcialoby sie, zeby ktos byl go nagral i podzielil sie bootlegiem - bo aranzacje, choc podobne do studyjnych, sa jednak zawsze troszke inne i troszke bogatsze. Nie jestem bestronny, ale Steve i Igor dodaja najwiecej upiekszen. Igor gra szybkie, barwne solowki, Steve zawsze wstawia kilka krociutkich pieknych melodyjek - nie wiem jak to mozliwe, ze gra to, co i tak zagrac musi, a znajduje jeszcze przestrzen i wolne palce, zeby dograc cos jeszcze... Kilka razy opadala mi przez to szczeka, nie tylko podczas Homeworld. Konczaca utwor coda to znow glownie popis Igora, ktory potrafi grac tak swobodnie i z takim wyrazem. W Polsce byl jeszcze troche "przyczajony" - tu nie ma juz oporow i pozwala sobie na showmanskie popisy. Kiedy ma okazje, wyzywa sie lomoczac perkusyjnymi drazkami albo potrzasajac tamburynami, do ktorych ma przywiazane peki kolorowych wstazek. Ale najwspanialsze sa chyba momenty takie jak na koncu Homeworld, gdzie Igor odwraca sie do fortepianowego syntezatora i po prostu gra z sila i perfekcja, ale i z jakims takim emocjonalnym zaangazowaniem - widac, ze jemu ZALEZY na tej muzyce.

Krotki przerywnik: Jon spiewa "There's a time, and the time is right and it's right for me...", tylko jedna zwrotke z TImeAndAWord - Igor akompaniuje mu fortepianowo. Tak sie zastanawiam, czy oni nie przygotowali czegos podobnego na te ich wspolna plyte, ktora ma sie niebawem ukazac.

I znow powrot do starych wspanialosci: Perpetual Change. Smialem sie, po prostu sie smialem kiedy Howe gral ten potezny riff na poczatku, bo to jeden z moich ulubionych utworow w ogole i bardzo chcialem uslyszec go na zywo. Tu znow aranzacja "w srodku" miedzy YesAlbum a YesSongs - bogatsza niz w oryginale, ale bez dlugich solowek Steve'a i Alana. Ale jest cos jeszcze - wersety Andersona ("I see the cold mist..." i "And one peculiar point...") sa zagrane spokojniej, ciszej, sa leciutko wydluzone, Jon modyfikuje troszke melodie (na bardziej dyskretna, bardziej "slodka") - z pewnoscia zamierzony efekt, bo znacznie sie nasila kontrast z energicznym refrenem "and there you are, saying we have the moon..." - bardziej daje sie odczuc zmiana rytmu, a poziom dzwieku tez skacze o kilka kresek do gory. Ta interpretacja jest na tyle zmieniona, ze POWINNA zostac wydana na jakiejs plycie live. Howe zagral czesc swojej solowki z YesSongs (te czesc, ktora slychac na samiutkim koncu PC z YesAlbum, w wyciszeniu).

Publicznosc wniebowzieta. Ludzie sluchaja utworow w zasadzie spokojnie, malo kto probuje podskakiwac, nikt na szczescie nie spiewa do wtoru Andersonowi - ale po kazdym utworze ogromna owacja. Rozgladalem sie troche i widzialem, jak ludzie (przecietna wieku ze 30 lat, jesli nie wiecej) stoja nieruchomo po prostu *wpatrzeni* w Andersona. Szkoda, ze kiedy sie juz i tak stoi, nie mozna dac owacji na stojaco, bo chyba byloby kilka.

Lightning Strikes i Messenger - troszke moze bledsze niz w wersjach studyjnych, ale tu znowu popisuja sie Steve i Igor, ktorzy wypelniaja luki swoja fantazja. Messenger bardzo pieknie zatytulowany Marleyowi (tym razem juz bez wzmianki o producencie) - naprawde polecam Wam druga dodatkowa plytke do TheLadder, bo tam slychac wlasnie to, co dodaje Igor swoimi solowkami. Drobniutka solowka Chrisa przywitana owacja.

Fragment z Ritual - Jon spiewa "Hold me my love, hold me today..." do "Nous sommes du soleil" - a Igor akompaniuje "akustycznym" brzmieniem fortepianu.

AndYouAndI - absolutna perfekcja, Nie udalo mi sie zliczyc ile razy Howe zmienial gitary :) Publicznosc slucha w skupieniu (pomine jednego pijanego goscia w rapowej czapce i z fryzura w stylu hitlerjugend, ktory usilujac tanczyc walil mnie lokciem przez drugie pol koncertu i szprechal PELNYM GLOSEM podczas "Apocalypse", palil jkednego papierosa za drugim i pil piwo (!). W sumie dobrze, ze nie wiem jak jest po niemiecku "zamknij ryja, skur...", bo nie wyszedlbym z tego calo :)

It Will Be a Good Day - Billy gra tu na gitarze prowadzacej i niestety nie ma wiele do pokazania. Howe przygrywa na akustycznej, a najwiecej slychac Igora, ktory wypelnia dziury po Billym.

FaceToFace - troszke jakby bez przekonania, moze brakuje studyjnych nakladek i dodatkowych instrumentow.

Awaken. No i jak ja mam to opisac? Igor zaczyna - dowcipnie - od kilku taktow ze swojej solowki znanej nam jeszcze z Polski (sam poczatek "Dance impressions" z jego plyty solowej), po czym niepostrzezenie przechodzi do wstepu Awaken. Nie moge pisac - wlasciwie nie pamietam poszczegolnych fragmentow, bo wszystko zlewa sie w jedna calosc i wcale nie odczuwa sie, ze utwor trwa 15 minut. Najmocniej zabilo mi serce kiedy Jon wzial do reki swoja malenka harfe (stala tam bezczynnie przez caly koncert) i "rozmawial" z syntezatorami Igora. Lzy w oczach przy "like the time I ran away..." i znow olbrzymie, dluuuuugie brawa.

I've Seen All Good People - z wykopem, ale i bardzo "dokladnie" zagrane; pod koniec krociutkie sygnaturki-wstawki wszystkich instrumentalistow miedzy powtorzeniami wersetu.

I juz, juz bisy...

Clap. Nawet tu publicznosc sluchala w skupieniu, niektorzy przyklaskiwali do rytmu - i wielka owacja. Howe nie jest moim zdaniem smutny - on po prostu jest piekielnie skupiony, bo jakze nie byc skupionym kiedy sie ma tyle do zagrania, kiedy jego partie sa tak skomplikowane. Nie probuje byc showmanem, za to gra bez najdrobniejszej wpadki, a jednoczesnie gra z wiekim uczuciem, z zaangazowaniem, nie probuje "odwalac" utworow.

Cinema - fajnie, ze to graja... szkoda tylko, ze w pierwszej "zwrotce" Billy rozpoczal swoja solowke, ale jej nie dokonczyl, bo zwyczajnie PRZESTAL GRAC! Chyba mu sie akordy pomylily... Igor dokonczyl linie melodyczna, ktora przerwal Billy. Ha ha ha.

Owner i Roundabout, zgadnijcie ktore brawa byly glosniejsze :)

I koniec. Koszulki (ladne - z okladka TheLadder), bluzy, czapki, ksiazaczki i plakaty, ktorych nie kupilismy, bo zostalo nam tylko na kawe, a do pociagu zostalo 9 godzin i padal snieg... Odkad wrocilem, nie sluchalem jeszcze nic Yesowatego, bo ciagle mam w glowie brzmienie z koncertu. Bardzo bym chcial dopasc nagranie - ale jak dotad nie pojawila sie nawet zadna recenzja z Berlina w alt.music.yes ani na liscie Southside.

Najpierw musze wyleczyc katar :) A potem pojechalbym jeszcze raz.

.marek

--
Homepage, PGP Public Key, Windows 95/98 freeware:
http://www.lodz.pdi.net/~eristic/
"I fought the Dharma, and the Dharma won." (Allen Ginsberg)




Na Yesomanii od 29 marca 2000.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd