Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RELACJE

Yes - koncert z Berlina

Michał Greupner
Yesomania, marzec 2000


Nie ma sprawiedliwości na tym padole łez, skoro tłum złaknionych koncertu Najlepszego Zespołu Wszechczasów fanów z pasją obgryza paznokcie i wiadomą stronę z anonsem w "Tylko Rock", a etatowy krytykant ogląda Yes na żywo z odległości paru metrów od sceny. Jednak kiedy podczas grudniowej wycieczki trafiłem w Berlinie na punkt sprzedaży biletów, nie wahałem się nawet jednej chwili. Na koncert tego zespołu pojadę zawsze i wszędzie, o ile zdrowie i stan finansów na to pozwolą ...

Spacer w okolicę Columbii, 16 marca około południa, pozostawił uczucie uzasadnionego niepokoju. Żadnych plakatów, kasa zamknięta na głucho, nad głównym wejściem napis "Tonight : New Model Army". Hmm, czyżby Jon lub Alan, Boże uchowaj, zwichnął rękę i koncertu nie będzie?! Z nosem przyklejonym do szyby autobusu wracałem tam wieczorem. Bum!! Kamień z serca, "Tonight : Yes, 20:00". Tłumek kłębiący się przed halą przypominającą stary Torwar, sprzedawcy gadżetów, chaos wśród samochodów szukających miejsc parkowania. Zagrają! Wnętrze sali pogrążone w półmroku, podium oświetlone zielonymi i niebieskimi reflektorami. Nie ma kurtyny, jedynymi elementami dekoracyjnymi są dwa wysokie, srebrzyste pale-totemy ze znanymi z "The Ladder" symbolami stojące pod każdą z kolumn, ich miniatura zwieńczona kulistą lampą pod zestawem klawiszowym oraz nowe, wiszące z tyłu, "kościste" logo zespołu. Z głośników płynie jakiś ambient z dronowymi bębnami, tworząc atmosferę grozy niszczoną jednak skutecznie przez gromadę podochoconych piwem tubylców zebranych pod sceną. Przed planowym początkiem koncertu ścisk wokoło nie na żarty, gorąco jak w piecu, pierwsze dźwięki "Ognistego Ptaka", wrzaski i gwizdy, zaczęło się!

Kiedy muzycy pojawiają się na scenie projektory video przenoszą nas w czasie rzucając w tle stare zdjęcia, loga, fragmenty filmów z dawnych występów. Yours Is No Disgrace był dla mnie zawsze popisem Howe'a. Teraz to rozgrzewka dla całego zespołu - zagrali poprawnie, ale nie porywająco. Krótkie wokalne intermezzo, wymiana gitar z całej ich baterii po obu stronach sceny i otwierający nowy album Homeworld, ilustrowany wykreowanymi komputerowo ścianami i korytarzami. Coś z promowanej gry? Możliwe, nie znam. Sam utwór jednak świetny, owacja widowni! W Perpetual Change werbel brzmi głucho, wersja znana z "Yessongs" wciąż lepsza, bardziej radosna. Rozluźniają się wszyscy dopiero przy Lightning Strikes. Kawałek może i nie ma szans na listach, ale widać, że granie go sprawia zespołowi sporą uciechę - szczerzą do siebie zęby, Squire (znowu ubrany kontrowersyjnie: długi biały płaszcz, koszulka i przykrótkie galotki w tymże kolorze, pionierki) wiruje niczym baletnica wagi superciężkiej. Kolejna kompozycja to hołd złożony 'Posłańcowi', Bobowi Marley'owi. Zapowiadając go Anderson podkreśla "One World, One Love!", choć gestem czyni zabawną aluzję do... palenia trawki. Wykonanie bardzo podobne do płytowego, bogatsze o wizualne efekty przelewających się plam i barw za plecami muzyków. Chwila oddechu entuzjastyczny krzyk towarzyszący tym kilku jakże cudownym taktom z "Topographic". Przed Stevem pojawia się slide i akustyczne pudło na stojaku i, już bez żadnych wstępnych zapowiedzi, And You And I. No comment, bo cóż można o powiedzieć? Być może dlatego następny utwór musiał zabrzmieć blado. Anons Jona w stylu "think positive, wake up and it will a good day" wywołał obok gest pełny zniechęcenia i sycząc słowo fana w identycznej do mojej koszulce z trasy '98. Face To Face przyjęto już cieplej, choć ni w ząb nie zrozumiałem, o co chodziło Andersonowi w opowiastce o słuchaczach zmuszanych do powstania z miejsc, którzy reagują z dwuminutowym opóźnieniem?! Wreszcie celebracja mszy, owa chwila z nadzieją na przeżycie której właściwie tu przyjechałem - Igor, z emfazą przedstawiony przez Jona, kaskadą fortepianowych dźwięków spada na nasze na głowy, delikatne tchnienia gitary, "High Vibration go on..."; żadne wykonanie - czy to z płyty studyjnej, czy koncertowej - nie odda, co dzieje się z tobą z momencie, gdy TE nuty i słowa zagrzmią, jak startujący myśliwiec "... all is left for you, all is left for you, all is left for you NOOOWWWWW... !!". Oblany pastelowym światłem Jon, z twarzą maga pogrążonego w hipnozie trąca struny harfy, Yamaha Mr.Koroshewa do złudzenia podrabia katedralne organy, ogromna, trzygryfowa gitara Squire'a wprowadza transowy akord, jak duch pojawia z boku się Steve i łkają struny... Finał Awaken ogłusza, niczym Niagara - boskie! Chwila świetnej zabawy i rytmicznego klaskania kończy główną część wieczoru, nie było "Hearts" i jakoś mi nie żal...

A potem już planowe bisy - w Spodku wypatrywałem oczy przez lornetkę by dojrzeć, co Howe naprawdę wyczynia z gitarą, jeśli słychać tyle perfekcyjnych dźwięków jednocześnie? No, teraz wreszcie mogłem się o tym z bliska przekononać. Znów przerywnik w postaci ogłuszającego ataku "Rabinowsko-Squire'owskiej rąbanki" (sorry) i zaraz riff znany, jak świat długi i szeroki. Anderson robił wrażenie zaskoczonego dość mizernym odzewem sali na "Owner", jak by nie było, sztandarowy hit zespołu. Nie podchwycono chóralnie refrenu, pląsy w okolicy sceny znacznie mniej żywe, niż w czasie takiego All Good People. Za to wiele mówiąca była postawa Howe'a: "Gram teraz tylko dlatego, że jestem dobrze wychowanym człowiekiem, folks!" dał do zrozumienia całym sobą podczas wykonywania utworu, a właściwie akompaniowania paroma akordami. Przez chwilę stał nawet bez ruchu, z założonymi w tył rękoma i czerwonym Gibsonem zwisającym bezradnie na szyi. To nie ten człowiek grający solo przed kilkoma minutami, jakież przeciwieństwo Squire'a - radosnego olbrzyma skaczącego miedzy nim, a Sherwoodem, którego gitara tu mogła wysunąć się na pierwszy plan. W finale Steve zagrał solo w swoim stylu, świetne, acz całkiem nie pasujące do tła. Inny gitarzysta, inna bajka... Czy naprawdę ktoś chce, by na koncertach Jon śpiewał "Dramę"?? Efekt będzie koszmarny nawet, jeśli zmusi się do tego siłą woli, forget it. Roundabout jednoczy znów cały ten perfekcyjny organizm i salę śpiewającą razem "call it morning driving through the sound and even in the valleeyyy!". Owacja. Są wzruszeni przyjęciem, w końcu to stare, sentymentalne kawałki. Stają w szeregu na skraju sceny, powtarzają wspólny, teatralny ukłon. Jeszcze pomachali. Koniec. Dwie godziny minęło jak piękny sen, został mokry, gęsto sypiący śnieg na dworze i uczucie wielkiego zmęczenia. But we have heaven. :-)

Z ciekawostek na koncertowym straganie "The Ladder 2LP limited edition signed by the band, 90 DEM". Wykupione błyskawicznie.


Michał Greupner


playlist:
Opening (excerpt from 'Firebird Suite')
Yours Is No Disgrace
Time And A Word (chorus part, performed by Jon and Igor)
Homeworld
Perpetual Change
Lightning Strikes
The Messenger
Ritual ('Nous Sommes Du Soleil' chorus, Jon and Igor)
And You And I
It Will Be A Good Day
Face To Face
Awaken
I've Seen All Good People
--
The Clap
Cinema (performed by Chris, Bill, Alan and Igor)
Owner Of A Lonely Heart
Roundabout


 Zdjęcia z Berlina.



Na Yesomanii od 29 marca 2000.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd