Nie ma sprawiedliwości na tym padole łez, skoro tłum złaknionych
koncertu Najlepszego Zespołu Wszechczasów fanów z pasją obgryza
paznokcie i wiadomą stronę z anonsem w "Tylko Rock", a etatowy
krytykant ogląda Yes na żywo z odległości paru metrów od sceny.
Jednak kiedy podczas grudniowej wycieczki trafiłem w Berlinie
na punkt sprzedaży biletów, nie wahałem się nawet jednej chwili.
Na koncert tego zespołu pojadę zawsze i wszędzie, o ile zdrowie
i stan finansów na to pozwolą ...
Spacer w okolicę Columbii, 16 marca około południa, pozostawił
uczucie uzasadnionego niepokoju. Żadnych plakatów, kasa zamknięta
na głucho, nad głównym wejściem napis "Tonight : New Model Army".
Hmm, czyżby Jon lub Alan, Boże uchowaj, zwichnął rękę i koncertu
nie będzie?! Z nosem przyklejonym do szyby autobusu wracałem tam
wieczorem. Bum!! Kamień z serca, "Tonight : Yes, 20:00". Tłumek
kłębiący się przed halą przypominającą stary Torwar, sprzedawcy
gadżetów, chaos wśród samochodów szukających miejsc parkowania.
Zagrają! Wnętrze sali pogrążone w półmroku, podium oświetlone
zielonymi i niebieskimi reflektorami. Nie ma kurtyny, jedynymi
elementami dekoracyjnymi są dwa wysokie, srebrzyste pale-totemy
ze znanymi z "The Ladder" symbolami stojące pod każdą z kolumn,
ich miniatura zwieńczona kulistą lampą pod zestawem klawiszowym
oraz nowe, wiszące z tyłu, "kościste" logo zespołu. Z głośników
płynie jakiś ambient z dronowymi bębnami, tworząc atmosferę grozy
niszczoną jednak skutecznie przez gromadę podochoconych piwem
tubylców zebranych pod sceną. Przed planowym początkiem koncertu
ścisk wokoło nie na żarty, gorąco jak w piecu, pierwsze dźwięki
"Ognistego Ptaka", wrzaski i gwizdy, zaczęło się!
Kiedy muzycy pojawiają się na scenie projektory video przenoszą
nas w czasie rzucając w tle stare zdjęcia, loga, fragmenty filmów
z dawnych występów. Yours Is No Disgrace był dla mnie zawsze
popisem Howe'a. Teraz to rozgrzewka dla całego zespołu - zagrali
poprawnie, ale nie porywająco. Krótkie wokalne intermezzo, wymiana
gitar z całej ich baterii po obu stronach sceny i otwierający nowy
album Homeworld, ilustrowany wykreowanymi komputerowo ścianami
i korytarzami. Coś z promowanej gry? Możliwe, nie znam. Sam utwór
jednak świetny, owacja widowni! W Perpetual Change werbel brzmi
głucho, wersja znana z "Yessongs" wciąż lepsza, bardziej radosna.
Rozluźniają się wszyscy dopiero przy Lightning Strikes. Kawałek
może i nie ma szans na listach, ale widać, że granie go sprawia
zespołowi sporą uciechę - szczerzą do siebie zęby, Squire (znowu
ubrany kontrowersyjnie: długi biały płaszcz, koszulka i przykrótkie
galotki w tymże kolorze, pionierki) wiruje niczym baletnica wagi
superciężkiej. Kolejna kompozycja to hołd złożony 'Posłańcowi',
Bobowi Marley'owi. Zapowiadając go Anderson podkreśla "One World,
One Love!", choć gestem czyni zabawną aluzję do... palenia trawki.
Wykonanie bardzo podobne do płytowego, bogatsze o wizualne efekty
przelewających się plam i barw za plecami muzyków. Chwila oddechu
entuzjastyczny krzyk towarzyszący tym kilku jakże cudownym taktom
z "Topographic". Przed Stevem pojawia się slide i akustyczne pudło
na stojaku i, już bez żadnych wstępnych zapowiedzi, And You And I.
No comment, bo cóż można o powiedzieć? Być może dlatego następny
utwór musiał zabrzmieć blado. Anons Jona w stylu "think positive,
wake up and it will a good day" wywołał obok gest pełny zniechęcenia
i sycząc słowo fana w identycznej do mojej koszulce z trasy '98.
Face To Face przyjęto już cieplej, choć ni w ząb nie zrozumiałem,
o co chodziło Andersonowi w opowiastce o słuchaczach zmuszanych
do powstania z miejsc, którzy reagują z dwuminutowym opóźnieniem?!
Wreszcie celebracja mszy, owa chwila z nadzieją na przeżycie której
właściwie tu przyjechałem - Igor, z emfazą przedstawiony przez Jona,
kaskadą fortepianowych dźwięków spada na nasze na głowy, delikatne
tchnienia gitary, "High Vibration go on..."; żadne wykonanie -
czy to z płyty studyjnej, czy koncertowej - nie odda, co dzieje się
z tobą z momencie, gdy TE nuty i słowa zagrzmią, jak startujący
myśliwiec "... all is left for you, all is left for you, all is left
for you NOOOWWWWW... !!". Oblany pastelowym światłem Jon, z twarzą
maga pogrążonego w hipnozie trąca struny harfy, Yamaha Mr.Koroshewa
do złudzenia podrabia katedralne organy, ogromna, trzygryfowa gitara
Squire'a wprowadza transowy akord, jak duch pojawia z boku się Steve
i łkają struny... Finał Awaken ogłusza, niczym Niagara - boskie!
Chwila świetnej zabawy i rytmicznego klaskania kończy główną część
wieczoru, nie było "Hearts" i jakoś mi nie żal...
A potem już planowe bisy - w Spodku wypatrywałem oczy przez lornetkę
by dojrzeć, co Howe naprawdę wyczynia z gitarą, jeśli słychać tyle
perfekcyjnych dźwięków jednocześnie? No, teraz wreszcie mogłem się
o tym z bliska przekononać. Znów przerywnik w postaci ogłuszającego
ataku "Rabinowsko-Squire'owskiej rąbanki" (sorry) i zaraz riff znany,
jak świat długi i szeroki. Anderson robił wrażenie zaskoczonego
dość mizernym odzewem sali na "Owner", jak by nie było, sztandarowy
hit zespołu. Nie podchwycono chóralnie refrenu, pląsy w okolicy
sceny znacznie mniej żywe, niż w czasie takiego All Good People.
Za to wiele mówiąca była postawa Howe'a: "Gram teraz tylko dlatego,
że jestem dobrze wychowanym człowiekiem, folks!" dał do zrozumienia
całym sobą podczas wykonywania utworu, a właściwie akompaniowania
paroma akordami. Przez chwilę stał nawet bez ruchu, z założonymi
w tył rękoma i czerwonym Gibsonem zwisającym bezradnie na szyi.
To nie ten człowiek grający solo przed kilkoma minutami, jakież
przeciwieństwo Squire'a - radosnego olbrzyma skaczącego miedzy nim,
a Sherwoodem, którego gitara tu mogła wysunąć się na pierwszy plan.
W finale Steve zagrał solo w swoim stylu, świetne, acz całkiem
nie pasujące do tła. Inny gitarzysta, inna bajka... Czy naprawdę
ktoś chce, by na koncertach Jon śpiewał "Dramę"?? Efekt będzie
koszmarny nawet, jeśli zmusi się do tego siłą woli, forget it.
Roundabout jednoczy znów cały ten perfekcyjny organizm i salę
śpiewającą razem "call it morning driving through the sound and
even in the valleeyyy!". Owacja. Są wzruszeni przyjęciem, w końcu
to stare, sentymentalne kawałki. Stają w szeregu na skraju sceny,
powtarzają wspólny, teatralny ukłon. Jeszcze pomachali. Koniec.
Dwie godziny minęło jak piękny sen, został mokry, gęsto sypiący
śnieg na dworze i uczucie wielkiego zmęczenia. But we have heaven.
:-)
Z ciekawostek na koncertowym straganie "The Ladder 2LP limited
edition signed by the band, 90 DEM". Wykupione błyskawicznie.
Michał Greupner
playlist:
Opening (excerpt from 'Firebird Suite')
Yours Is No Disgrace
Time And A Word (chorus part, performed by Jon and Igor)
Homeworld
Perpetual Change
Lightning Strikes
The Messenger
Ritual ('Nous Sommes Du Soleil' chorus, Jon and Igor)
And You And I
It Will Be A Good Day
Face To Face
Awaken
I've Seen All Good People
--
The Clap
Cinema (performed by Chris, Bill, Alan and Igor)
Owner Of A Lonely Heart
Roundabout
Zdjęcia z Berlina.