From: Witold Czuszynski <wcz@FREE.MED.PL>
Zaczęło się wielkie odliczanie - za tydzień o tej porze będzie już po.
Stwierdziłem, że wobec tego pora już wreszcie coś napisać o nowej
płycie. Mam czas na to tylko w nocy - dobrze że nie jestem dziś na
dyżurze :-)
Fakt że tak mało osób napisało swoje pełne recenzje o Magnification
(chyba tylko Robert, Janusz i Jarek Lubczyński) jest dość wymowny. Zdaje
się świadczyć o tym, że płytę trudno jest jednoznacznie ocenić, wymyka
się dotychczasowym naszym yesdoświadczeniom. I to jest IMO pierwszy
punkt na jej korzyść: YES znowu zrobił coś innego. Cieszę się przede
wszystkim z tego, iż panowie (zwłaszcza Chris i Alan) uświadomili sobie
że pisanie na siłę muzyki komercyjnej (OYE, Ladder) nie jest tym czym
powinni się zajmować - w każdym razie pod yesowym szyldem. Wreszcie
zawrócili w stronę muzyki, którą naprawdę czują i która dała im sławę a
nam wiele radości i niespotykanych doznań.
Na początku kilka spostrzeżeń pozamuzycznych, jeszcze nie sygnalizowanych.
Dla mnie oczywiście wielka radość że powróciło klasyczne Yeslogo. I tu
nowość: pierwszy raz widzę że jest ono narysowane w postaci
trójwymiarowej, jakby było nieco wypukłe.
Nie wiem czy zauważyliście też, że na tylnej okładce książeczki jest
widoczny delikatnie duży profil młodej kobiety pozbawionej włosów. Nie
wiem jakie to ma znaczenie w symbolice okładki. Być może żadne.
I wreszcie rzecz na którą zwrócił mi uwagę Mariusz: na płycie widnieje
logo HDCD co oznacza że jest ona nagrana bodajże z rozdzielczością 20-to
bitową a nie jak zwykła CD - z 16-to bitową. Wiem, że aby usłyszeć
różnicę, potrzebny jest odtwarzacz CD z odpowiednim układem, ale ponoć
taki sprzęt jest drogi. Tu pytanie do Artura Hawliczka: czy miałeś
okazję porównać jak brzmi taka (ta) płyta na zwykłym CD a jak na HDCD?
No to teraz przejdźmy do meritum. Płytę przesłuchałem już chyba ze 30
razy i wreszcie mam wrażenie, że trochę ją poznałem a ocena
poszczególnych utworów jest w miarę ustabilizowana.
Stara prawda mówi, że tak naprawdę muzyka jest w nas a dźwięki tylko
wydobywają ją z naszego wnętrza. (Notabene wg tej definicji, nic
dziwnego że choroba zwana yesomanią nie atakuje szalikowców, chamów etc.
:-) To jaka muzyka tkwi w człowieku zależy od wielu czynników. Jedne z
nich są bardziej stabilne, trwałe (rozwój emocjonalny, intelektualny,
ogólnokulturalny, religijny) a inne bardziej ulotne jak chwilowy
nastrój, aktualne przeżycia itp. Stąd na przykład w żadnej sytuacji nie
będę miał ochoty na słuchanie metalu, natomiast w pewnych chwilach
włączę sobie jazz lub bluesa mimo iż najczęściej słucham Yesów. Otóż mam
wrażenie, że Magnification jest płytą na specjalne okazje, na
odpowiednią chwilę. Ona ma w sobie jakiś taki marzycielsko-refleksyjny
klimat, który nie pasuje specjalnie do dnia pełnego zajęć i pośpiechu.
Mnie najlepiej jej się słucha podobnie jak Oceanów: późnym wieczorem lub
nocą, naklepiej nie robiąc niczego innego. Ale nie za często. Już w
kilka dni po jej kupieniu zdarzyło mi się doświadczyć opisywanego przez
Renatę przesłodzenia - a to z powodu trzykrotnego przesłuchania w jednym
dniu! (nigdy tego nie robię, ale wtedy jakoś tak wyszło). Po trzech
dniach przerwy jednak zaczęło mi jej brakować! I to był wspaniały
sygnał. To jedyny obiektywny sprawdzian czy płyta się podoba czy nie:
albo chce się do niej wrócić albo nie. Ktoś wspominał że Mag kojarzy mu
się z harmonią. Tak, jeżeli ktoś nie ma w sobie wewnętrznej harmonii, to
ta płyta nie będzie mu się podobać. Chociaż szybko muszę dodać, aby mnie
Leszek z tylnych rzędów na koncercie nie zlinczował, że oczywiście nie
każdemu harmonijnemu wnętrzu ta muzyka musi się podobać (np. Leszkowi
:-)
Najważniejsze dla mnie jest, że na płycie nie ma złych utworów. Są
wspaniałe, są piękne, są ładne i są dobre.
Ciekawostką jest, że większość utworów jest połączonych ze sobą zupełnie
jak na DSOTM (PF)
1. Magnification
Początek płyty przeuroczy. Zaczyna się jakby kołyszącym rytmem i takimż
śpiewem Jona. Te fleciki na początku, a nieco dalej opadające smyczki od
razu pokazują charakter jaki ma ta płyta. W momencie przejścia w refren,
w tle pojawia się motyw "alfabetu Morse'a", zupełnie jak w CTTE. Około
5:30 zaczyna się najwspanialszy dla mnie fragment płyty - niestety trwa
tylko nieco ponad minutę. Po drugim refrenie w tle pojawia się orkiestra
która ciągnie akordy w prosty sposób, jednak wrażenie jest takie jakby
to grał Rick lub Moraz. Z przodu słychać Howe'a (oszczędnie). Przypomina
mi to nieco klimatem Gates of Delirium a zwłaszcza zakończenie utworu
wybitnie kojarzy się z bitwą w Bramach. Żal, że nie pociągnęli tego
dalej, to mógłby być początek długiego fantastycznego kawałka. Ten
fragmencik ma u mnie ocenę 10/10. Mimo to utwór tytułowy jest jednym z
lepszych na płycie. Bardzo go lubię
Ocena: 8/10
2. Spirit Of Survival
Płynnie przechodzi z Magnification, również piękny i przejmujący
początek, potem niezłe wejście basu, jednak w dalszej części nie rozwija
się. Utwór nie jest moim faworytem. Oczywiste są skojarzenia z BG, ale
także z Silent Talking (Union) - bas prawie identyczny.
Ocena: 6/10
3. Don't Go
Większość nie zostawiła na nim suchej nitki, tymczasem ja od początku
(chyba jeszcze Marek też) uważam że to jest fajna piosenka i jako taką
ją traktuję. Wydaje mi się że te nieprzychylne opinie wzięły się głównie
za sprawą tej mp3-ójki ngrywanej na koncercie spod rękawa gdzie było
słychać tylko łomot garów.
Ocena: 6/10
4. Give Love Each Day
To prawdziwy hit! Genialna piosenka, piękna, przejmująca, urocza, jak
wspaniały pejzaż! Ładny, filmowy wstęp orkiestry. Potem zupełnie
niezwykłe budowanie klimatu przez wokal Andersona z modulacją (zmianą
tonacji) na końcu frazy (a może tylko trybu moll w dur? - muszę się
jeszcze wsłuchać), przedłużoną przez pięknie zaaranżowane smyczki. Cudo!
Dalej powtórka z Chrisem i dalej już tylko w górę i w górę aż do
tytułowego Give Love... Bomba! Mały zgrzyt tylko słychać zwłaszcza na
słuchawkach: Alan jakoś tak dziwnie uderza w swoje instrumenty jakby
nierytmicznie - na szczęście to jest cicho.
Ocena: 9/10
5. Can You Imagine
Kolejny fajny kawałek. Jakże wspaniale śpiewa Chris! Qrcze, dlaczego on
nie zaśpiwał Dramy?! Byłaby to o wiele lepsza płyta. Przepięknie w tle
śpiewa Jon, ładna orkiestra. Śliczne. Robert pisał że nie pasuje do
reszty płyty. Ale to chyba tylko efekt tego, że znał to z sesji XYZ i
zawsze to słyszy inaczej. Ja tego nigdy nie słyszałem i dla mnie jest
jak najbardziej na miejscu.
Ocena: 8/10
6. We Agree
Znowu wspaniały początek utworu. Akustyczny Steve, delikatne smyczki i
takiż bas Chrisa, a przede wszystkim znowu świeża, niebanalna (Marek,
pamiętasz nasze narzekanie na New Language?) melodia śpiewana przez
Jona. Potem utwór jakby tracił nieco impet chociaż pod koniec odzywa się
Steve ze swoim ES175. Jednak to też jest mocny kawałek na płycie.
Ocena: 8/10
7. Soft As A Dove
Drugie skojarzenie z PF. Jon śpiewa na początku jakoś tak blisko przy
mikrofonie (dobrze to słychać na słuchawkach). To mi przypomina nieco
taki stary utwór PF zatytułowany If. Jednak dalej jest już tylko lepiej,
a to za sprawą Steve'a i orkiestracji z barokowym flecikiem. Śliczna
miniaturka, także nieco mi przypomina Madrigal.
Ocena: 7/10
8. Dreamtime
To dziwny utwór. Z jednej strony nasuwa mi masę najprzeróżniejszych
muzycznych skojarzeń, z drugiej strony mam wrażenie że jest on w jakiś
sposób niedokończony. Niewątpliwie jest najmniej łatwy w odbiorze (to
zaleta) i wymaga uwagi. Wprowadzenie Stev'a to niemalże żywcem
skopiowany początek utworu Asturias - Isaaca Albeniza - co bynajmniej
nie jest naganne. Jednocześnie sekcja rytmiczna przypomina początek
Miracle Of Life, ale także trochę CTTE. Potem wchodzi Jon ze śpiewem
który od razu skojarzył mi się z... Turnauem. Takie zmiany tonacji w
środku frazy, zupełnie podobnie. Ciekawe kto kogo podsłuchał :-) No i
potem zaczyna się monotonny motyw Chrisa z frapującymi smyczkami w tle i
nieco skandowanym śpiewem Andersona. Trochę to przypomina w tym momencie
That That Is, ale szybko pojawia się jakiś szepcąco-basowy męski głos
identyczny jak w Rasputinie Boney M.! A zaraz potem słyszę trąbki jak w
cyrku przy paradzie koni! Można powiedzieć że dużo się dzieje, ale może
nie do końca wszystko to co powinno. Z drugiej strony wydaje mi się, że
tu Steve oraz jakiś dobry klawiszowiec mogliby wnieść dużo więcej niż
orkiestra. Dopiero pod koniec orkiestra się budzi i dość brawurowo
kończy główną część utworu wraz z Chrisem. W ogóle to mam wrażenie, że
ten utwór polega na tym, że Chris przez cały czas się nad kimś znęca i w
finale go wreszcie dobija! Potem rzuca gitarę i zczyna uciekać zrazu
nieśmiało, potem coraz szybciej - jak na filmie. Nie wiem po co jest to
zakończenie orkiestry. Do niczego mi nie pasuje. Najtrudniejszy utwór do
oceny: 8 za dużo, 7 z mało, więc dam nietypowo.
Ocena: 7,5/10
Maciek Hołda skomentował:
O! a mnie sie ten utwór (dreamtime) bardzo podoba, i nie mam jakichś takich
wrazeń - ale każdemu hulaj pióro co w duszy gra, jak to mówią obojetnie co
by to miało znaczyć.
Ma taki mroczny klimat i zupelnie nie wiem dlaczego kojarzy mi sie troche z
"Zagubiona Autostrada". Tego "monotonnego motywu Chrisa" nigdy nie
rozpatrywałem jako wogóle jakiegos motywu, bo według mnie najwazniejsze co w
tym momencie sie dzieje to nie sam motyw basówki, ale to jak do tego motywu
odnosi sie to co gra rezta zespołu a przede wszystkim orkiestra. Jak się pod
tym kątem tego słucha to strasznie wciąga i się zaraz człowiek łapie "Już
się skończyło?". Niesamowity. To taki obrazek zgrania orkiestry i zespołu -
a raczej możnaby to nazwać inaczej - że nie wazne co tu jest orkiestrą co tu
jest Squirem ale jak to w sumie sie układa, jakie to sprawia wrazenie. No
ale to subiektywna ocena i biorę poprawkę na to że zwracamy uwge na troche
inne elementy. Zakończenie orkiestry jest bardzo utrzymane klimatem w
dziełach późnego XIX wieku - na początku od razu skojarzenie z Holstem.
Rozładowuje nieco napiecie i wywołuje naprawdę bardzo dobre, głebokie
wrażenie. ogólnie cała praca orkiestry w tym klimacie - dlatego te trąbki
nigdy by mi się z cyrkiem nie skojarzyły, a z Uranem - owszem (ale to
skrzywienie, uraz z dzieciństwa :)).
Śpiew Andersona też jakiś taki.. demoniczny. Jak pierwszy raz słuchałem to
miałem ściągnięte tylko kawałek, sam początek, i parę razy przewijałem (czy
sie nie przesłyszałem). Jak wysłuchałem całości byłem naprawde pod
wrażeniem.
Rzadko się słyszy tak poprowadzoną linie melodyczną (i znowu zwracam uwage -
jak to brzmi w stosunku do reszty) - przynjamniej w ostatnich latach.
No i jaki genialny wstęp to wszystko stanowi do ITPO!
9. In The Presence Of
Chyba jednak najlepszy utwór na płycie. Pod względem formalnym
najbardziej rozbudowany i w tym też przypominający najlepsze utwory YES.
Już o nim wcześniej pisałem. Ma bardzo tajemniczy, romantyczny i
melancholijny klimat. Pozbawiony - jak cała płyta - wirtuozerii
instrumentalnej - potrafi jednak przykuć uwagę i dostarczyć przepięknych
chwil.
Ocena: 9/10
10. Time Is Time
To utwór bardzo retro. Jakby żywcem wzięty z lat 60-tych. Z powodzeniem
pasowałby na Time And A Word. Ładne, spokojne zakończenie.
Ocena: 6/10
Ocena ogólna po uwzględnieniu czasu trwania utworów:
7,76/10 (nieco poniżej 8)
Czyli nieźle.
Podsumowanie.
1. Zespół nagrał dobrą płytę.
2. Wspaniałe jest, że chłopaki mają potencjał twórczy!
3. Jeśli wytwórnie dalej pozwolą im nagrywać to co chcą, to możemy
jeszcze doczekać się kilku dobrych pozycji.
4. Dobrze że nagrali płytę z orkiestrą, jednak niekoniecznie chciałbym
aby następne były podobne.
5. Marzy mi się znowu wirtuzerske granie!
6. Do zobaczenia na koncercie!
Witek