***3/4
Yes nagrał płytę, która stała się jakby sygnałem, że nie wszystko jest jak dawniej. Ilość utworów wzrosła, a ich długość - naturalnie - zmniejszyła się. Najlepsze cechy starego Yes pozostały: bogate harmonie wokalne, nasycone brzmienie klawiszy, żywe rytmiczne tła i kontrastujące faktury. Natomiast ciekawym fenomenem byty pojawiające się tu i ówdzie brzmieniowe zapożyczenia od... starego Genesis! Jest to szczególnie wyczuwalne w warstwie rytmicznej akordowych podkładów klawiszy i w brzmieniu gitary (Future Times). Pojawiły się bardziej popularne, bardziej piosenkowe formy. Takie Rejoice ma i bluesowo-rockową gitarę, i skoczne rytmy, a do tego udziwnione glissandami brzmienie w klawiszowej solówce, nie mówiąc o dostrzegalnych znowu wpływach Jeffa Becka w grze Steve'a Howe'a. Ten zresztą prezentuje skądinąd "archaiczny" styl gry, który pasuje bardziej do muzyki drugiej potowy lat sześćdziesiątych. Przebojowe Don't Kill The Whale w typowy dla Andersona, poetycki sposób nawiązuje do kampanii na rzecz ocalenia wielorybów. Bardzo nietypowy w tym kontekście akompaniament klawesynu i niemalże "klasyczne" solo akustycznej gitary tworzą nawet oryginalny smaczek. Natomiast rock'n'rollowy Release, Release chyba dużo zawdzięcza wokalnie stylowi Queen - żarliwy śpiew na tle gwałtownych zmian rytmicznych. Po udziwnieniach jak rwana solówka gitary na tle odgłosów tłumu, następuje przejście do bardziej płynnego pulsu i pomieszanej, yesowo-genesisowej faktury, co w sumie raczej sugeruje pewne rozkojarzenie kompozytorów. Arriving UFO jest chyba trochę żartem muzycznym. Genesis znowu kłania się w rytmice, a tekst jest bardziej konkretny niż zwykle - naturalnie o kosmitach... Jeszcze dalszym odskokiem stylistycznym jest jakby karaibski Circus Of Heaven. Delikatna perkusja, bas reggae i brzmienia a la stalowe bębny jamajskie. Skoczne, synkopowane rytmy przeplatane sznurami szybkich tryli gitary, piękne kontrapunkty wokalne w skrajnych rejestrach. Bardziej tradycyjny Yes wciska się na koniec, kiedy wszystko się uspokaja. Zupełnym odjazdem jest już Onward, gdzie standardowo popowa bal-lada zdradza wyraźne zapożyczenia z harmonii wokalnych Bee Gees. Jakby było mało przesłodzonych dźwięków - dochodzi jeszcze solo waltomi. Bywa więc na Tormato, że stary Yes jest tutaj ledwo wyczuwalny. Pierwsze oznaki nacisków rynku?
Płytę wieńczy jazzrockowo-funkowe On The Silent Wings Of Freedom. To właściwie popis Chrisa Squire'a. Jego riffowo-ewoluujący, niemalże jamowy wstęp prowadzi raczej w kolejny świat zapożyczeń. Tym razem - od The Police. Anderson śpiewa melodię miejscami łudząco podobną do Message In The Bottle. Faktura jest też bardziej przejrzysta, nowofalowa.
To płyta która pokazuje, że Yes potrafi wyjść poza, swoją tradycyjną stylistykę i umiejętnie się dostosować do zmieniających się gustów muzycznych. Mamy tu też chyba dowód, że zespół przeżywa kryzys, bo dotąd jednak bardzo konsekwentnie trzymał się własnego stylu. I rzeczywiście; po Tormato znowu odszedł Wakeman, a razem z nim - Anderson. (kc)