***1/2
Odejścia i powroty oryginalnych członków zespołu musiały wreszcie doprowadzić do powstania dwóch równolegle działających grup. Nowy stwór, mający w swoim składzie czterech z pięciu muzyków dawnego składu, nie zdołał odebrać Chrisowi Squire'owi nazwy Yes. I nie przyćmił tego, co było wcześniej.
Ta płyta jest w jakiś sposób kontynuacją stylu powstałego na Tormato i Drama. Znowu pojawiają się jakby konkurujące z Oueen harmonie wokalne (Brother Of Mine, Fist Of Fire), i "stingowanie" w melodyce (Teakbois, Birthright). Themes, Brother Of Mine, Order Of The Universe i The Quartet niby świadczą o ponownym dążeniu do większych form. Ale tak naprawdę to stary yesowski nawyk ciągłych zmian aranżacyjnych uhonorowany został podtytułami. Płyta jest bardzo urozmaicona. Od karaibskich i jazzowo-popowych klimatów w Teakbois do pseudocountry w The Quartet. Vangelis, z którym współpracował wcześniej już Anderson, dodaje swe trzy grosze do Let's Pretend, w wyniku czego powstaje ballada z typową dla Yes melodyką, lecz jak na ten zespół w prostej aranżacji. Bluesowo-rockowe wątki pojawiają się w Order Of The Universe, a nowofalowe brzmienia w Birthright. To już trochę schizofreniczny rozrzut stylistyczny. (kc)