***1/2
Trzy lata minęły i Yes reaktywował się. Jon Anderson wrócił na swoje miejsce wokalisty, a pozycję Steve'a Howe'a zajął Trevor Rabin, wcześniej występujący z zespołem Streetband i jako solista. I od pierwszych dźwięków jest jasne, że stary Yes już nie istnieje. Ogólnie można powiedzieć, iż materiał tej płyty najwięcej zawdzięcza rhythm'n'bluesowi i w ogóle - muzyce tanecznej. Szok, jakiego doznaje fan starego Yes słuchając tej płyty jest większy, niż takie uproszczone określenie nowego stylu może sugerować. Zespół naturalnie prezentuje krótsze utwory, bo cel jest chyba raczej komercyjny. Hardrockowo-metalowe skłonności Trevora Rabina są tylko jedną ze zmian w artystycznym obliczu zespołu. Klawisze przypominając momentami Jacksonowsko-dyskotekową, elektroniczną papkę. Sting powrócił jako inspiracja w chwytliwych fragmentach i chwilach przestrzennych brzmień. Bruce Springsteen też się pojawił w riffach (Hold On) i refrenach. Trzeba zaznaczyć. że czasami stary Yes podnosi jeszcze głowę - w rytmicznych zabawach perkusji i w spokojnych, wokalnych przerywnikach. Niestety, tym razem zespolenie tak odległych od siebie stylistycznie konwencji może dawać poczucie schizofrenii. Jednak z drugiej strony biorąc teksty są bardziej "ludzkie" i przyziemne, a muzyka ma niewątpliwy walor komercyjny. Oczywiście, zastanawia fakt, że zespół, który niegdyś stworzył odrębny i oryginalny styl poszedł na tak ewidentną łatwiznę. Ale też profesjonalizm pozwolił muzykom przyswoić sobie te "łatwiejsze" style bez sztuczności. Nawet wykazali się w paru miejscach swoją bogatą wyobraźnią aranżacyjną. Dźwięk sitaru tworzy ciekawe tło w It Can Happen, a brzmienie gamelanu indonezyjskiego tworzy zręby dźwiękowe we wstępie do Changes. Czy te wymyślne zabiegi są rozpaczliwymi gestami pojednawczymi ze starą estetyką? Czy pasują do przebojowo-rockowej stylistyki? To rozstrzygnąć musi słuchacz. Nie można więc potępić 90125 ze strony warsztatowej czy kompozycyjnej. Nie brak dobrych rifiów, naprawdę przebojowych momentów... I na pewno nie jest to już Yes, jaki nas zauroczył na Fragile. A to, że Owner Of A Lonely Heart był na pierwszym miejscu list przebojów w USA. dodaje temu wszystkiemu tylko pikanterii. (kc)