****
Spełniło się marzenie wszystkich fanów dawnego Yes. Zespół znowu zebrał się w składzie z lat siedemdziesiątych i oto otrzymujemy jego nowy album, co prawda w znacznej części nagrany na żywo i zawierający głównie stare kompozycje, ale także pół godziny nowej muzyki ze studia. Jon Anderson zapowiadał w wywiadzie udzielonym naszemu pismu, że wydawnictwo to otrzyma tytuł The Masterworks i będzie zawierało doskonale, skończone wersje najsłynniejszych utworów grupy. Zmieniły się jednak zarówno tytuł, jak i koncepcja. Zrezygnowano choćby z kompozycji Close To The Edge, która miała stanowić obok Awaken główny punkt programu, a dodano chociażby balladę America duetu Simon And Garfunkel, która w repertuarze Yes pełniła zawsze rolę poboczną. A jednak wiele z pierwotnego zamysłu pozostało. Yes gra tu bowiem wspaniale, z niesamowitą werwą i ekspresją, i jeśli nawet nowe opracowania Roundabout, Starship Trooper, Siberian Khatru, Revealing Science Ot God i Awaken - jakby oszczędniejsze, bardziej uporządkowane - nie przewyższają tych dawnych, na pewno im nie ustępują. A Keys To Ascension wydaje się lepszym portretem Yes w wydaniu koncertowym niż słynny album Yessongs.
A nowa muzyka? To dwie kompozycje, blisko dziesięciominutowa Be The One i blisko dwudziestominutowa That, That Is. Aż trudno uwierzyć, że powstały one w połowie lat dziewięćdziesiątych, tak dobrze pasują do tamtych, z lat siedemdziesiątych. Wyróżnia się zwłaszcza That, That Is, rozpoczynająca, się nastrojową partią gitary akustycznej, ale stopniowo nabierająca cech prawdziwego yesowskiego pandemonium. Oczywiście niektórzy będą sarkać, że dziś już się tak nie gra, że ta muzyka to przywoływanie duchów i widm z zamierzchłej i zapomnianej przeszłości. Dla każdego jednak, kto umie wznieść się ponad zmieniające się co pięć minut muzyczne mody, ten dwukompaktowy album będzie miłą niespodzianką. Świadectwem, że rock w wydaniu Yes nie zestarzał się ani trochę.
WIESŁAW WEISS