O Yes na łamach "Tylko Rocka" napisane zostało chyba już wszystko. Dlatego nie zamierzam charakteryzować muzyki Jona Andersona i jego kolegów, bo po prostu mijałoby to się z celem. Każdy chcąc nie chcąc o propozycje grupy musiał się otrzeć. House of Yes - Live From House of Blues nie jest pierwszym koncertowym albumem w jej karierze. Nie jest też pierwszym koncertowym albumem wydanym ostatnio. Od ukazania się Keys Of Ascension (drugiej części) minęły bowiem zaledwie trzy lata. W międzyczasie mogliśmy również podziwiać Yes na żywo w naszym kraju. Dlatego też dla każdego, kto w tamten marcowy wieczór 1998 roku znalazł się w Sali Kongresowej, album będzie czymś niezwykle bliskim. Dla mnie taki właśnie jest. Owszem, można zadać sobie pytanie, dlaczego nie ma tu Starship Trooper, dlaczego zabrakło Siberian Khatru czy Time And A Word - prześliczna ballada, która trzydzieści lat temu zamykała album o tym samym tytule, tu pojawia się jedynie w niespełna minutowym fragmencie. Ale przecież to wszystko już gdzieś było. Mamy za to brawurowo wykonane Roundabout czy And You And I.
House Of Yes jest po prostu ucztą dla każdego fana tej muzyki. Niezależnie od tego, czy Anderson i spółka raczą nas kolejną wersją Awaken czy prezentują dzieła z ostatniego studyjnego albumu The Ladder (Lighting Strike), zawsze robią to na najwyższym poziomie. Nie wiem, czy istnieje drugi zespół, który potrafi w swojej twórczości zawrzeć tyle emocji. Tyle piękna. Szkoda tylko, że muzycy Yes tak zbywają okres lat osiemdziesiątych. Wiem, że dla wielu fanów płyty 90125 i Big Generator był jedynie epizodem w dziejach grupy, ale nie można zapomnieć, że ten rabinowski epizod trwał przeszło dziesięć lat. Tymczasem o tym okresie ma świadczyć jedynie Owner Of The Lonely Heart i króciutki instrumentalny temat pod tytułem Cinema. Jak dla mnie to trochę mało, ale najwyraźniej jestem w mniejszości. Zreszą jest to jedyny zarzut, jaki potrafię wysunąć względem tej propozycji. Reszta jest już ideałem. Poczynając od przepięknej, zapierającej dech w piersiach okładki (oczywiście autorstwa Rogera Deana), przez jakość nagrania, na wykonaniu skończywszy. Po prostu dla fanów Yes absolutnie pozycja obowiązkowa. Nawet dla tych, którzy mają już w swojej kolekcji Keys Of Ascension czy oczywiście Yessongs.