Jak wiadomo, na początku 1980 roku John Anderson i Rick Wakeman opuścili
zespół, a na ich miejsce przybyli Trevor Horn i Geoff Downes. Płyta, która
została nagrana przez Yes bez Andersona i Wakemana jest najlepszym dowodem
na to, że zespół może istnieć bez tych dwóch, wydawałoby się kluczowych
osób. A jaka jest ta płyta? No cóż. Nie ma ona zbyt wiele wspólnego z
wcześniejszymi dokonaniami zespołu. Wejście wokalu w Machine Messiah nie
odstrasza słuchacza. Trevor Horn próbuje imitować głos Andersona i jakoś
mu to wychodzi. Pierwsze pięć minut utworu nie jest zbytnio interesujące.
Jest to taka sobie próba grania w stylu podobnym do tego, co się działo
wówczas na scenie muzycznej. Bardzo przypomina to pierwszą płytę Mike'a
Rutherforda (gitarzysty/basisty Genesis). To drugie pięć minut pierwszego
utworu jest znakomitym przykładem wytworzenia niesamowitego nastroju
malowanego dźwiękiem. Głos Trevora idealnie pasuje do klimatu tej części
utworu. Całe te zmiany nastroju tworzą znakomitą dramaturgię utworu.
Dopełnieniem tego jest bardzo krótki utwór White Car. Kolejny na płycie
Does It Really Happen ? w zasadzie zespół mógłby sobie darować. Jedynym
chyba atrakcyjnym punktem tego utworu jest jego zakończenie wypływające z
ciszy. W tym zakończeniu Chris Squire popisuje się mistrowskimi partiami
basu. Utwór Into The Lens, a raczej jego fragment posłużył w programie
trzecim Polskiego Radia jako jingiel zapowiadający nowość muzyczną. Jest
to także drugi po "Machine Messiah" utwór, który posiada znakomitą
dramaturgię. Zachwycające są te częste zmiany nastroju. Wykorzystanie
wokodera nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Czasem niektóre dłuższe partie
wokalne mogą być nieco nużące. Ale dzięki precyzyjnej grze sekcji
rytmicznej utwór wypada znakomicie. Gdzieniegdzie Steve Howe daje znać o
sobie bardzo precyzyjnymi solówkami gitarowymi. Run Trough The Light
przynosi małą niespodziankę. Trevor Horn zagrał w tym utworze na basie, a
Chris Squire na instrumentach klawiszowych. Mimo to utwór brzmi znakomicie
i wywołuje niepowtarzalne nastroje. Nie przeszkadzają tu syntezatorowe
brzmienia. Klimat utworu jest tak niepowtarzalny, iż można uznać, że
Anderson i Wakeman nie są potrzebni zespołowi do tworzenia niepowtarzalnej
muzyki malowanej fantazją. Trevor Horn gra na basie na tyle dobrze, że
warto byłoby się zastanowić nad słowami, które niegdyś wypowiedział Chris
Squire: "Możesz zmienić w zespole cokolwiek, pod warunkiem, że nie
zmieniasz basisty". Czyżby to było wątpliwe? Zamykający płytę Tempus
Fugit udowadnia, że jednak Chris Squire tak na dłuższą metę jest
niezastąpiony. Można zmienić basistę chyba tylko do jednego czy dwóch
utworów. Sam utwór pomimo to nie jest najciekawszy. Jest on także
zapowiedzią całego tego zła, jakie nadejdzie wraz z muzyką grupy w latach
osiemdziesiątych. Pomimo wskazanych wad uważam, że płyta jest bardzo
dobra. Jednak odstaje ona od pozostałych płyt w takim stopniu, że zespół
nie powinien wykorzystywać nazwy Yes, tylko powinien ją zmienić na inną.
Jak już wspominałem, Trevor Horn nie śpiewa jak John Anderson, a Geoff
Downes nie gra tak znakomicie, jak Rick Wakeman, to jednak Yes posiada
nadal swoją magię. Szkoda tylko, że mało kto docenia tą płytę. Co z tego,
że nie ma Andersona i Wakemana. Ale przecież jest Steve Howe, który dzięki
swej niepowtarzalnej grze na gitarze podnosi wartość płyty. Alan White i
Chris Squire tworzący chyba najlepszą sekcję rytmiczną grają jak mało
kiedy naprawdę znakomicie. Mało to - Alan White chyba bardziej pasuje do
zespołu, niż jego poprzednik - Bill Bruford.