Płyta została nagrana z towarzyszeniem
orkiestry symfonicznej pod batutą Tony'ego Coxa. Rezultaty nie powaliły
ani krytyków, ani audytorium - zespół nie był jeszcze przygotowany na
taki przeskok techniczno-stylistyczny. Orkiestra pełni głównie funkcje
aranżacyjne i tylko czasami wybija się na pierwszy plan. Muzycy dalej
kontynuują jazzowo-improwizacyjne dywagacje, przez co część utworów się
"rozmywa". Zauważyliście dwie okładki - pierwsza banalna, druga
- ohydna. Ta pierwsza pochodzi z nowszych wydań - co ciekawe jest tam
Steve Howe, którego przecież nie było w składzie. Druga "zdobiła"
oryginalne wydanie, ale zrezygnowano z niej w następnych. Nic dziwnego
- okładka, jeśli nawet nie musi przyciągać ludzi, to nie powinna ich przynajmniej
odstraszać.
No Opportunity Necessary, No Experience
Needed - początek powala. Jeśli wreszcie kupię sobie kartę
dźwiękową, to na pewno pierwsze sekundy dam do odgrywania po starcie Windows.
Gdy usłyszałem pierwszy raz to uderzenie organów i smyczków, pomyślałem
sobie, że to jednak świetny pomysł z tym zaproszeniem orkiestry. Niestety,
po wejściu całego zespołu nastrój prysł. Troszkę rozczarował mnie Anderson
- śpiewa tak, jakby koledzy z zespołu mierzyli mu wysokość głosu i za
każde wykroczenie ze standardowej gamy dawali zdrowy wycisk. Wokalista
wypada słabo, ale za to zespół szaleje. W połowie trzeciej minuty Banks
popisuje się poczuciem humoru - jako solówkę gra temat ze znanego westernu
-"Biały kanion". Acha, dla dociekliwych: cały kawałek jest kompozycją
Richiego Havensa.
Then - orkiestra jest tu także
ważnym elementem, ale nie decyduje już o całości utworu, a raczej pełni
funkcję aranżacyjną - jej wejścia w pierwszych dwóch minutach tworzą specyficzny
nastrój. Dalej mamy sporo wydarzeń w kwestii instrumentalnej, można by
to nawet nazwać próbą improwizacji, jednak w rozumieniu jazzowym. Anderson
nareszcie korzysta z wysokich rejestrów, ale czyni to na tyle kameralnie,
jakby dalej ci koledzy mu grozili.
Everydays - takie sobie codzienne granie na drugiej
płycie Yes... Kompozycja Stevena Stillsa (czy ktoś ma to w oryginale?)
Sweet Dreams -takie podśpiewywanie zawsze poprawia
humor, szkoda tylko, że nie poszli dalej z progresją, ale poczekajmy do
następnej płyty... Ale fajnie, że nareszcie trochę dynamiki w tym wokalu.
No i nasz ukochany wysoki rejestr (a w tle WestSide'owskie chórki reszty
grupy).
The Prophet - co to, pan Czesław? Okazuje się,
że także Tony Kaye potrafi pobawić się organami w taki sposób, że szczęka
opada, a gdy jeszcze wejdą smyczki, potem gitara... To już właściwie kawałek
mógłby się skończyć - tak gdzieś od 2 minuty robi się nudno. Acha, jeszcze
jakiś wokal... Czy leci z nami pilot? Ale po co? ALT-TAB, klik i już mamy
następny kawałek.
Clear Days - ... ach pomarzyć...
Astral Traveller - zaczyna się rasowo,
jak typowy wczesny Yes :-) Co oni zrobili z tym wokalem?! Ale nawet się podoba i pasuje do szorstkiego podkładu. Dalej cały czas szaleństwo... Po co oni
wyrzucali tego Banksa? No tak, on by nie wymyślił "Oceanów", ale czy
nie można było zostawić DWÓCH gitarzystów? Co to by się wtedy działo...
Time and a Word - klasyka. Najbardziej
znany utwór z tej płyty i jak myślę dlatego, że łączy to co było najlepsze na
pierwszych dwóch płytach i to co mieli stworzyć w przyszłości. Dla mnie kawałek ten
jest czymś co można określić mianem "nadziei muzycznej". Słuchać i nie
przestawać, chyba, że w celu włączenia kolejnej płyty Yes...
Płyta wydaje się być całkiem w porządku, jednak nie można się oprzeć wrażeniu, że gdyby Yes, bądź zakończył karierę na pierwszych dwóch albumach, bądź kontynuował ją w niezmienionym stylu - dzisiaj byłby tylko "ciekawostką z epoki", hołubioną przez ludzi w rodzaju Jacka Leśniewskiego.