Ostatnia studyjna płyta Yes zwyciężyła w moim podsumowaniu roku 1998* na najczęściej słuchaną płytę - słuchałem jej 38 razy, 2105 minut. Oficjalnie, "Open Your Eyes" ukazała się dopiero w kwietniu - zatem większość ludzi przychodzących na koncerty nie znało jej. Byłem w lepszej sytuacji, płytę dorwałem na stadionie już pod koniec grudnia. Podczas pierwszych przesłuchań byłem trochę zdegustowany - banalne melodie, dosyć krótkie utwory, brak ciekawych pomysłów. Dopiero po jakimś tygodniu ta płyta mnie urzekła. Jest taki rodzaj muzyki, który nazywam "powietrzny". Są to, ujmując najprościej takie dźwięki, które same w sobie nie stanowią niczego nadzwyczajnego, mija się je, jak powietrze właśnie. Jednak, gdy spróbujemy się od takiej muzyki uwolnić, nie ma sposobu, jest ona potrzebna do życia - jak powietrze. Do takiej kategorii należy "Open Your Eyes". Myślę, że porównywanie jej z wielkimi dziełami z lat 70 i wnioskowanie, że jest gorsza nie ma sensu. Płyta ta dobitnie pokazuje, jaką muzykę chcą teraz tworzyć członkowie grupy, a jest ona daleka od tego co robili kiedyś. Nie oznacza to zresztą, że już zapomnieli, jak tworzy się "klasyczne" utwory - pokazali to przecież na "Keys To Ascension 2". Oni po prostu tego nie chcą. Jest to muzyka zagrana na luzie, bez pretensji do walczenia o prymat artystyczny. Niestety z procesu komponowania wycofali się Anderson i Howe, pozostawiając wolną rękę Squire'owi, wspomaganemu przez Billy'go Sherwooda. Złośliwi mówią, że jest to solowa płyta Chrisa, na której śpiewa przez przypadek Anderson. Niezależnie od tych dywagacji albumu słucha się świetnie. A zaczynamy od:
New State Of Mind - zaczyna się podobnie jak "The Calling" na "Talk". Mocne uderzenie, te jednoczesne gitarowo-klawiszowe akordy będziemy słyszeć wielokrotnie na płycie. Mój znajomy stwierdził - "Bardzo fajny riffowy kawałek". Utwór jest bardzo intensywny, rozmaite zmiany chórków, nigdy nie ma samotnego wokalu. Parę szpanerskich przejść gitara-perkusja-klawisze nie zmienia trochę "łupankowego" charakteru utworu.
Open Your Eyes - utwór ten był niewielkim przebojem w Trójce (pierwsza dwudziestka LP3), a to i tak tylko dzięki mojej interwencji u Niedźwiedzkiego :-) Gdyby nie ciekawie potraktowana linia wokalna - chórki nakładające się na wokal Andersona (nareszcie sam) to utwór nie wyróżniałby się ponad przeciętną. Podobnie jak poprzedni kawałek, sporo dynamiki.
Universal Garden - trochę oddechu od tych ciągłych riffów i popis możliwości Howe'a na wstępie. W końcu go słychać. Inaczej jak poprzednie utwory, które atakowały od razu, ten rozwija się powoli, choć znowu trochę za szybko przechodzi do refrenu. No i tekst Andersona, utrzymany w niebiańsko-podniosłej tematyce. Jeśli ktoś szuka na siłę podobieństw do lat 70, w tej piosence jest ich najwięcej.
No Way We Can Lose to jakby powtórzenie "New State Of Mind", ale wolniejsze i z mniejszą energią. Szczególnie rozwlekły jest refren. Rozczarowanie.
Fortune Seller - najlepszy na płycie. Zaczyna się niesamowitym basem, który przechodzi w znajomy już chórek, tym razem perfekcyjnie zgrany z gitarą. Dalej rozmaite zabawy wokalne i szalejący Howe. Trochę szkoda, że taki prosty tekst.
Man In The Moon - najbardziej tradycyjny wokal, głównym wokalistą jest chyba Squire, a Jon ledwo przebija się w chórkach. Także melodia niczym nie zachwyca. Ciekawostką jest częsta fraza w tekście "Round and round and round I goWhen I stop no one will know" pochodząca ze znanego przeboju z lat 70 (a ja nie wiem jakiego...)
Wonderlove - taka huśtawka. Zaczyna się samotnym wokalem i gitarą. Potem wchodzi zupełnie debilny refren. Gdy już skazujemy utwór na stratę, gdzieś tak w okolicach 2:40 pojawia się kompletny zwrot akcji, solówka Howe'a i wokalne szaleństwo. Przypomina to bardzo "Holding On". Następnie poziom adrenaliny znowu opada, aby po pojawieniu się na wyświetlaczu cyfr 5:00 zaprezentować kolejny czadzik w postaci zupełnie nowego refrenu.
From The Balcony - po prostu: Steve Howe i Jon Anderson. Taka sobie miniaturka. Nie lubiłem tego, dopóki nie usłyszałem utworu na koncercie. Cóż zrobić, zawsze gdy to słyszę, wraca ten niezapomniany nastrój.
Love Shine - pamiętacie "Love Will Find A Way"? Nie spodziewałem się, że Yes zagra jeszcze utwór naszpikowany taką niesamowitą ilością zaśpiewanych słów. Nawet jeśli są one postaci "1-2-3-4-5-6-7, all good people". Taka porcja energii starcza na długo. W pierwszej połowie 98 gdy jeździłem jeszcze do liceum, do walkmana wkładałem "OYE", a wchodząc do szkoły miałem w słuchawkach właśnie "Love Shine". Wszyscy się potem dziwili mojemu optymizmowi i chęci działania... Tu po prostu nie ma ani jednej zmarnowanej nuty. Cztery i pół minuty mijają jak z bicza strzelił.
Somehow, Someday - weźmy "Awaken", wytnijmy najnudniejsze fragmenty, w tym całego Wakemana, a refren zagrajmy od końca. Oto efekt. Miodzio. Żeby tylko ten White nie walił tak mocno... Zarówno tekst jak i melodia bliźniaczo są podobne do utworu "O'yer" z solowej płyty Andersona z muzyką irlandzką - "The Promise Ring"
The Solution - rozwija się ciekawie, kolejne wariacje na temacie wycinania nudnych fragmentów z "Awaken", a wstawiania w to miejsce "Man In The Moon". Nagle się dziwimy, że to koniec. Odtwarzacz jednak nie zatrzymuje się. Po dwóch minutach pojawiają się świergoty ptaków i wokalne fragmenty wszystkich utworów z płyty. Ot, taki sobie wygłup.
Jak to, najczęściej słuchana płyta roku, a ja znajduję tyle mankamentów? No właśnie, jak pisałem na początku, w samej muzyce nie ma jednak wiele nadzwyczajnego. Co sprawiło zatem, że tyle razy tego słuchałem? Ech sprawdźcie sami...
Giving in, giving out
Do the best you can do
Giving in, giving out
It's all up to you