Moja ocena płyty: *****
Utwory:
- Magnification ****
- Spirit of Survival *****+
- Don't Go ***+
- Give Love Each Day ****+
- Can You Imagine ***
- We Agree ****
- Soft as a Dove ****+
- Dreamtime *****
- In the Presence of *****
- Time is Time ***+
Wieści o tym, że Yes zamierza nagrać płytę z orkiestrą symfoniczną nie wzbudziły we mnie entuzjazmu. "No tak - pomyślałem - to już emerytura. Ale cóż, na zagraniu starych dzieł w nowej wersji panowie przynajmniej zarobią...". Pamiętałem przecież "Symphonic Music of Yes" - nijakie, okrojone z emocji popisy orkiestry.
Jak miło jest się rozczarować!
Magnification zawiera w całości niemalże muzykę premierową, muzykę wspaniałą, oryginalną, nie dającą się oskarżyć o kopiowanie starych pomysłów. Nie oznacza to pójścia całkowicie nową drogą. To nadal jest Yes, zespół, przy którego słuchaniu przechodzą ciarki, którego muzyki nie zastąpi nam żaden wykonawca na świecie.
Wykorzystanie orkiestry to rewolucja dla brzmienia zespołu, porównywalna chyba tylko z pojawieniem się ongiś w zespole Trevora Rabina, lidera Yes w latach 80. Nie bez przyczyny wspomniałem tamte czasy. Nowy album miksowany był w studiu ... Trevora Horna, odpowiedzialnego za nowoczesne, mechaniczne brzmienie takich płyt jak "Drama" i "90125". To słychać na "Magnification". Dźwięk jest perfekcyjny, czysty, jasny. Przy okazji rada dla wszystkich, którzy jeszcze płyty nie znają. Nie słuchajcie jej na discmanach, głośniczkach komputerowych i tego typu wynalazkach. Ta muzyka WYMAGA niezłego sprzętu, a już przynajmniej porządnych kolumn lub słuchawek.
Brzmieniu sekunduje muzyka, która zaskoczyć może prostotą - i to jest jeszcze większa Yesowa niespodzianka. Zapomnijmy o sześćdziesięciu dźwiękach na sekundę, zapomnijmy o szesnastu planach dźwiękowych - na "Magnification" ich nie znajdziemy. Co w takim razie zostaje? Czyżby drugie "Open Your Eyes", pełne prostych piosenek, które tylko irytowały fanów "starego Yes"?
Otóż na "Magnification" są może ze dwie piosenki. Reszta to tradycyjnie Yesowo rozbudowane utwory, które są prowadzone powoli, konsekwentnie, dojrzale. A prowadzącym jest orkiestra. To ona rozpoczyna motywy, puentuje kolejne części, wreszcie wtrąca swój komentarz - niby z innej bajki, ale jakże świetnie integrujący się z Yesową muzyką. Dyrygentem i twórcą orkiestracji był Larry Groupe, znany (podobno...) kompozytor muzyki filmowej. Jego osoba pokazuje jaki wpływ na muzykę Yes mieli zawsze ludzie "z boku" - producenci, aranżerzy (że wspomnę choćby Billy'ego Sherwooda, odpowiedzialnego za upopowienie Open Your Eyes i w mniejszym stopniu "The Ladder"). Partie orkiestrowe kojarzą mi się z Sibeliusem, niektórym ze Strawińskim (o takie odczucie nietrudno, przecież to ulubiony kompozytor członków zespołu). Czasami wychodzi na wierzch filmowa proweniencja Groupe'a, niektóre fragmenty są trochę zbyt ilustracyjne i robią wrażenie wyciągniętych z jakiegoś filmu Disneya. Całe szczęście, te przypadki są dosyć rzadkie, orkiestra spełniła swoja rolę na piątkę. Co ciekawe, w jednym z wywiadów Steve Howe stwierdził niedawno, że już nie wyobraża sobie następnych płyt bez symfoników...
Udział orkiestry spowodował zmianę roli Howe'a w zespole. Przy pobieżnym przesłuchaniu można nawet stwierdzić, że gitary na tej płycie jest za mało. To jednak konsekwencja dominującej pozycji orkiestry - gitarzysta nie narzuca się, raczej dokłada się do symfonicznego brzmienia, zapełnia swoimi palcówkami nieliczne wolne przestrzenie, także odpowiada za kilka wstępów. A i jego solówki, choć nieco ukryte, po kilku przesłuchaniach mogą nagle uderzyć znienacka (np. ta w piątej minucie "We Agree" - dziwna, ostra, niczym z "The Ancient").
Alana White'a niestety pochwalić nie mogę. Nie wiem zresztą, czy to wina dobrego przecież perkusisty, czy też miksowania albumu (byłaby to jedna z nielicznych wpadek w produkcji płyty). Tak czy inaczej, w kilku utworach jego instrument wychodzi zbyt mocno na pierwszy plan - i zamiast delektować się muzyką, słyszymy tłuczenie w bębny. Po jakimś czasie można się przyzwyczaić, a może po prostu powinienem posłuchać płyty na jeszcze lepszym sprzęcie? :-)
Jon Anderson. On tradycyjnie króluje na tej płycie. Emocjonalna, perfekcyjna i porywająca muzyka Yes dopiero z wokalem Jona znajduje swoje apogeum. Głos wokalisty Yes też jest tutaj inny. Mniej krzyczy, śpiewa, jak na niego bardzo nisko, miękko i ciepło. Posłuchajcie chociażby jak delikatnie moduluje swój głos dostosowując się do muzyki w drugiej minucie "In the Presence of". O ile na "The Ladder", Anderson wydawał mi się nieco zmęczony, co wiązałem z jego przedemerytalnym wiekiem, tutaj wyraźnie ma jeszcze sporo rezerw, choć szafuje nimi ostrożnie. Nie podobają mi się natomiast liczne chórki z udziałem reszty zespołu - są po prostu zbyt infantylne, czy muzyka Yes nie może się obyć bez tych "aaaaa" i "yeeeee" w tle?
Teksty Andersona osadzone są w jego zwyczajowej tematyce, choć są chyba znacznie mniej optymistyczne, niż bywało kiedyś.
Teraz krótko o poszczególnych utworach:
Magnification - Jezu, jak początek!!! Dejavu. Muzycy robią oko do wszystkich, którzy jeszcze pamiętają "Time And A Word" (też z udziałem orkiestry). Potem się jest już współcześnie, świetnie, żywiołowo zagrany utwór. (****)
Spirit of Survival to jak do tej pory mój faworyt. Tekstowo i muzycznie. Wszystkim, którzy twierdzą, że Yes grywa przesłodzone piosneczki o kwiatkach i chmurkach szczęka opadnie na pewno. Ja tak nie uważam, mimo to powaliło mnie. Utwór w dużej części mroczny, ostry, czasem wręcz agresywny, mnie przywodzi na myśl tytułowy kawałek z "Big Generator". Koniec jest już nieco bardziej optymistyczny, choć muzyka nadal przypomina bardziej Metallikę na "S/M" niż legendę rocka progresywnego lat 70...(*****+)
Don' Go - no cóż mogę powiedzieć. Piosenka słuchana oddzielnie - nieszczęśliwie wybrano ją na singla - robi dosyć złe wrażenie - ot taka łupanka, bez ładu bez składu, nie wiadomo skąd wziął się refren... Na płycie jednak, słuchana jako numer trzeci nabiera nieco rumieńców, a druga jej część może być nawet urocza. (***+)
Give Love Each Day - tego utworu jeszcze do końca nie udało mi się ogarnąć. Tu chyba najbardziej odznaczyła się obecność orkiestry, chociażby przez ponad dwuminutowy instrumentalny wstęp. Utwór chyba najsłabszy pod względem wokalnym, jednak ze świetnie prowadzoną linią melodyczna. (****+)
Can You Imagine - podobnie jak "Mind Drive" na "Keys To Ascension 2", utwór ten powstał dwadzieścia lat temu, na legendarnych próbach zespołu XYZ, założonego przez Squire'a, White'a i Jimmy'ego Page'a. Z owych prób zachowały się 4 dema, rozprowadzane na różnych bootlegach. Wersja XYZ nosiła nazwę "Believe It" i śpiewana była przez Chrisa. Także w wersji z "Magnification", basista Yes stanął za mikrofonem. Jon wspiera go w refrenie. Za sprawą wokalu utwór może się niektórym kojarzyć z jedyną płytą solową Squire'a - "Fish Out Of Water" - choć moim zdaniem na pewno by tam nie pasował podobnie, jak nie pasuje do "Magnification". Niestety, kompozycja jest po prostu słaba i niewiele jej mogła pomóc świetna produkcja. Z sesji XYZ pozostał jeszcze jeden, najsłabszy utwór (jeszcze jeden wykorzystał Page z zespołem The Firm) - "Telephone Secrets", ciekawe czy zostanie wykorzystany na następnym albumie Yes... (***)
We Agree - zaczyna się ładnie i podniośle, następnie jednak zespól trochę nie wie, co z tą kompozycją powinien dalej robić. Robi więc rzeczy dziwne. (****)
Soft as a Dove - kameralny utwór z Jonem i ... fletem w roli głównej. Trochę zbyt ulotny, by zrobić dobre wrażenie, jednak nie sposób nie zachwycić się końcowym, "celtyckim" zaśpiewem Andersona (mnie się kojarzy z ... Kultem) (****+)
Dreamtime - esencja nowego Yes. Rozpoczyna się niesamowitym wstępem, w którym poza gitarą Howe'a oraz orkiestrą na pierwszym planie wybijają się skrzypce! Gdzieś może nam się wydawać, że słyszymy echa "Gates of Delirum", a konkretnie ostatniej części przez "Soon". Wreszcie pojawia się głos Andersona. Za te kilkanaście sekund wybaczyłbym mu nawet, gdyby cała płyta zagrana została w rytmie brathanko-polo. Pamiętacie "Homeworld" i reminiscencje z "Awaken"? Nie, nie ma tutaj bezpośredniego nawiązania, nie wiem zresztą czy było ono zamierzone, ale ponownie włosy na głowie stają. A zostało jeszcze siedem minut utworu! Można przygotować się jeszcze na parę zaskoczeń. (*****)
In the Presence of - ten utwór znaliśmy na Yesomanii już nieco wcześniej - pojawił się (wraz z "Don't Go") na EP-ce sprzedawanej podczas amerykańskich koncertów. O ile "Don't Go" nie zachwyciło - o czym mowa wyżej - ten spowodował zbiorowe szaleństwo. Rzecz najbardziej rozbudowana, pozwala zanurzyć się w nowej muzyce Yes i zrozumieć, na czym tak naprawdę polega DOJRZAŁOŚĆ, na którą twórcy płyty powołują się w wywiadach. Trzeba zrozumieć i zjednoczyć się z tymi dźwiękami, które nie powstały, aby epatować popisami technicznymi. Nie zagrano ich w celu szczegółowych analiz. One mają tu z nami być, oddziaływać pozazmysłowo, sprawiać, że na te kilkanaście minut zatrzyma się dla nas czas. I to jest wielkie osiągnięcie muzyków Yes. (*****)
Time is Time - koda - ujmująca, choć nie znajdziemy tam rewelacji pod względem muzycznym. Nastrój uspokojenia, spełnienia, podkreślany przez country'owe dodatki Howe'a. Dziękujemy Wam Yesmeni! (***+)
Gdy już lekko ochłoniemy, można zarzucić zespołowi podobnie jak na poprzedniej płycie zbytnią "gadatliwość" się w swoich kompozycjach. Bo czuje się wyraźnie, że niektóre utwory skrócone i przekonstruowane robiłyby jeszcze lepsze wrażenie (tu myślę głównie o "Dreamtime").Ten jednak problem pojawił się już na "Keys To Ascension 2", gdzie przecież "Mind Drive", utwór wybitny, był jedynie powtarzaniem kilku fragmentów (ale za to jakich!)
Mimo pewnych wad, o których powyżej, płyta robi doskonałe wrażenie, do tego stopnia, że niektórzy z fanów uznają ją za najlepszy album Yes od czasów ... Relayera. Tak dobrze chyba nie jest, choć bez wątpienia płyta jest lepsza niż "OYE" i "The Ladder", śmiało można postawić Magnification obok "Keystudio". Najważniejsze, że z kolejnej próby Yes wyszedł "z tarczą", prezentując autentycznie nową muzykę i nowe pomysły. XXI wiek rozpoczęty. Czuję, że "nasz" zespół zachwyci nas jeszcze niejeden raz.