Płyta ukazała się w Polsce dopiero 2 listopada, ale miałem ją (w formacie mp3) już od początku września. Rzecz jasna w miarę słuchania moje poglądy na jej temat ewoluowały. Jest to album może nie tyle kontrowersyjny, ale trudny 'do podejścia'. Nie oznacza to, że muzyka jest trudna, czasami wręcz przeciwnie. Po prostu, większość fanów spodziewała się chyba czegoś innego...
Oceny tej płyty są skrajne: albo entuzjastyczne, lub w kategorii "świętej krowy" (nawet jeśli się nie podoba, to recenzent nie pozwoli sobie na krytykę), albo mamy totalną krytykę (szczególnie ze strony Trooperów). Nie zastanawiając się jeszcze nad tym posłuchajmy uważnie wszystkich utworów...
Homeworld - zaczyna się (darujcie mi świętokradztwo) jak sequel "Awaken". Z mroku wyłaniają się oszczędnie dozowane dźwięki, ta atmosfera... włosy stają na głowie, po chwili głos Andersona. Pierwsza zwrotka, zupełnie niepotrzebne "yeah", druga - ta z "question of origin" powoduje, że przeżywamy dejavu. Refren jest już nieco bardziej banalny (chórek jak w jakimś Moody Blues), ale całość to Yes najwyższej próby, jaki zdarza się na kilka (kilkanaście?) lat. Głos Andersona epatuje radością i uniesieniem, jaką znamy z jego solowych płyt i z "KTA2". Gdzieś w połowie miejsce ma genialny popis Igora Koroszewa na Hammondzie, niczym z płyty "Time And A Word". Utwór kończy dwuminutowa coda, właściwie odrębna piosenka. Akustyczna gitara Howe'a, przechodąca w delikatne pasaże fortepianu i nieco sentymentalny Jon Anderson. Niewątpliwie, najlepsza rzecz na "The Ladder".
It'll be a good day - kompozycja dużo słabsza i za długa - mamy kilkakrotne powtarzanie tego samego motywu bez większych "kroków do przodu". Wykonanie jednak jest perfekcyjne. Skojarzenie z "Universal Garden" z "Open Your Eyes" nie jest wcale nie na miejscu.
Lightning Strikes - Piotr Kaczkowski zapowiadając ten kawałek mówił "czeka Państwa szok".
Pierwsze takty niczym z akompaniamentu do filmu niemego lub wodewilowej komedii. Potem akustyczna gitara i Jon śpiewający z potężnym pogłosem. Włosy stają jednak dopiero na głowie (po raz drugi na tej płycie!) około 50 sekundy. Pierwsza moja myśl była taka "Co to jest? Rammstein?". Inne skojarzenie to remix "Ownera" z "Friends And Relatives". Oczywiście nie jest tak źle/dobrze (przysłówek proszę dobrać w zależności, czy lubicie Rammsteina i dance'owego Ownera). Mocny rytm, wpadająca w ucho melodia, po prostu nowoczesny przebój, niestety troszkę przydługi. "Lightning Strikes" jest pierwszym singlem z płyty, myślę, że ma szanse na powalczenie na listach. Jak jednak okazuje się (na początku grudnia) chyba żadna polska rozgłośnia (w tym Trójka) nie ma tego na playliście...
Can I - to jakby druga część "We Are Heaven". Chórki z oryginału pojawiają się zresztą w tle. Taka sobie ciekawostka na latynoską nutę.
Face To Face - podstawowy grzech utworu to jego powolność. Jakby zagrane to zostało gdzieś ze 2 razy szybciej, byłby to najlepszy kawałek na płycie, bo sporo tam jest ciekawych pomysłów, zmian nastrojów, melodii. Szkoda. W okolicach 2 minuty odnotować można lekkie ożywienie, ale po chwili wszystko wraca do starego tempa.
Trzy powyższe utwory miały być z początku całością pod roboczym tytułem "African Suite". Zostały rozdzielone i chyba słusznie, bo niewiele mają ze sobą wspólnego.
If Only You Know - najbardziej popowa piosenka na płycie. Utrzymana w stylu solowego Andersona z początku lat 80. Na początku przełączałem dalej, ale pełny zadumy głos Andersona chwyta po kilku przesłuchaniach. Koroszew gra bardzo podobnie do Moraza w "Soon" i podobne uczucia jak w "Soon" przynosi słuchanie tego utworu
To Feel Alive - zaczyna się świetnie, egzotycznym brzmieniem sitaru. Wokalista trzyma poziom, jest żywo, naturalnie, radośnie. Od refrenu zaczyna się lekka stagnacja, nie wiem po co przez prawie minutę jakiś chórek (no, nie jakiś - Mr. Billy Sherwood hehe) wydziera się "ije ije". Po chwili mamy powtórzenie refrenu i znowu torturę owego chórku aż do końca. Chociaż i tak dobrze, że Sherwood udziela się wokalnie tylko w chórkach.
Finally - tutaj kłania się ABWH, a konkretnie "Order Of The Universe". Na samym początku Anderson wydziera się podobnie jak w drugiej części "Order..." - "Rock Gives Courage" - to ta z tekstem "You don't need anybody, don't you give me that surprise". Gdyby na miejscu wokalisty dać np. Wettona czy Coverdale'a mielibyśmy coś w rodzaju Asii. Jeśli komuś nie przeszkadza lekkie 'upopowienie' utworu, rzecz może się podobać. Od 3 minuty powolne uspokajanie nastroju i świetny kilkuminutowy duet Howe'a z Koroszewem, z nałożonym uduchowionym głosem Andersona. "Turn Of The Century" część II? Czemu nie...
The Messenger - na początku mocne uderzenie basu z akustycznymi
flażoletami Howe'a. Wejście Andersona przynosi nieco banału, ale dużo się dzieje w sferze instrumentalnej. Tym razem refren bardzo dobrze się współkomponuje z resztą. Ostatnia minuta przypomina "The More We Live" z "Union".
New Language - porządne Yesowe granie, utwór bodaj najbardziej zbliżony do "klasyki" (pod warunkiem że za "klasykę" uznamy także i "Dramę"!) Instrumentalnie powala. Szkoda trochę, że kompozycyjnie jest nieco gorzej - brak głównego wątku, a poboczne się rozjeżdżają...
Nine Voices - sporo akustycznej gitary, nostalgiczny śpiew Andersona. Niesamowite zakończenie ostatniej płyty Yes w tym tysiącleciu.
Brzmienie jest świetne (zauważcie, pisząc te słowa znam tylko wersję mp3!). Kilka miesięcy spędzonych w studiu nie poszło na marne. Instrumentalnie jest doskonale - wspaniale prezentują się Koroszew i Howe. Co więcej bardzo dobrze ze sobą współpracują, jest sporo fragmentów na solową gitarę i klawisze. Dla tych, którzy kochają "Sign Language" z "Keys To Ascension 2" będzie to duża niespodzianka. Wielu fanów żałowało odejścia Wakemana, ale Koroszew zastąpił go z ogromną klasą. Jest przy tym (tak, tak!) bardziej wszechstronny niż Rick - poza wirtuozerskimi popisami fortepianowymi potrafi uderzyć w Hammonda, niczym Emerson.
Brzmienie i wykonanie to jednak nie wszystko.
Kompozycje są przeciętne, melodie trochę "na siłę", brakuje konsekwencji. Także wokalista niestety nie zawsze błyszczy. Śpiew Andersona jest czasami zbyt płaski, obojętny, bez uczucia. Nie wiem na ile jest to kwestia jego, jakby nie było, zaawansowanego wieku, na ile chwilowego spadku formy. Przecież i na tej płycie zdarzają się wokalizy, na dźwięk których wyrywa się serce i dostępujemy wniebowstąpienia.
Czy jest to album lepszy niż "Open Your Eyes"? Na pewno. Sherwood miał mimo wszystko spory wpływ na tą płytę. Wiele patentów jakie na OYE pochodziło niewątpliwie od niego, tutaj też jest widoczne, całe szczęście, na mniejszą skalę. Czy da się tę płytę porównać do innych dokonań Yes? Chyba nie. Jest to rzecz, wprawdzie nie odkrywcza, ale na pewno oryginalna. Szukając skojarzeń, najbliżej są chyba "Union" i "ABWH". O dziwo jednak to wszystko co na tamtych płytach denerwowało, tutaj jest niewidoczne. Na pewno jest to album warty wysłuchania i powracania doń. Nie chwyci od razu, tak jak "Close To The Edge", ale i nie odrzuci, jak "OYE".