To był szok. Początek... "Machine Messiah"... Myślałem przez chwilę, że na stadionie wciśnięto mi płytę Iron Maiden czy czegoś takiego. Większość "znawców" twierdzi, że to dopiero "Cyferki" były radykalną zmianą brzmienia i podejścia do muzyki, ale to tylko dowodzi, że taki "ekspert" nie słyszał "Dramy". Płyta powstała bez Andersona - Squire go wyrzucił i bez Wakemana - ten po raz kolejny się obraził. Rolę wokalisty przejął niejaki Trevor Horn, świetny producent, ale mierny artysta. Gdy słyszymy jego próby imitacji Andersona budzi to tylko politowanie. Brzmienie, owszem jest nowoczesne, ale tylko w przypadku "Machine Messiah" wnosi coś ożywczego. O reszcie kawałków lepiej zapomnieć np. o wybitnym przykładzie debilizmu pt. "Into The Lens" z powtórzonym chyba sto razy refrenem "I am the camera". Warto zauważyć, że z niego właśnie pochodzi sygnał muzycznej premiery w radiowej "Trójce". Jednak, jeśli porównamy "Dramę", z tym co grało się na świecie w roku 1980...