Jako przeszło 10-letni zagorzały miłośnik YES-ów pozwoliłem sobie na tych kilka opinii o ostatnim albumie:
Nie ukrywam, że z pewną przykrością wysupłałem blisko 100 zł na "Live from House of Blues", ale w końcu miałem odłożoną kaskę na koncert, który jak wszyscy wiemy nie doszedł do skutku. No to chociaż tak sobie to wynagrodzę....
Drżącymi dłońmi rozerwałem opakowanie, drzwi zaryglowałem na 4 spusty a uszy uzbroiłem w wielkie słuchawki. OK. - PLAY!
Na początek "Yours Is No Disgrace". Sprawia wrażenie zagranego stanowczo zbyt wolno. Poza tym jakiś dziwny poziom samego dźwięku. W 6-tej minucie interesujące solóweczki, ale w 10-tej utwór brzmi jakby zespół po prostu się pogubił!
Potem króciutki fragment "Time And A Word". Jon podśpiewuje a`capella, wchodzi ładne piano... trwa to wszystko niecałą minutę, a Jon nadal jakby się nie "wśpiewał".
I już słychać pierwsze niesamowite dźwięki "HOMEWORLD". Najświeższy (z ostatniej płyty) to i najbliższy oryginału. Tam jednak fajne były chórki - tutaj właściwie przeszkadzają. Ogólnie zabrakło melodyjności i "poezji" zawartej na LADDER. Warto nadmienić, że tego utworu inaczej słucha ktoś, kto spędził kilka nocek grając na PC. Tutaj dopiero ostatnie 2 minuty sprawiają wrażenie, że Jon wszedł w swój ulubiony klimacik.
"Perpetual Change" - oj, brak tej dynamiki co w oryginale, ale za chwilę fajna zabawa instrumentów; ładna 4-ta minuta i od tej chwili właściwie jest już pięknie!
"Lightning Strikes" - ten kawałek powinien istnieć tylko na solowej płycie Andersona, ale takie są prawa rynku i coś musiało być odpowiedniego do radia...
"The Messenger" - Przedstawienie publiczności Squaira jako basisty no i oczywiście zabójczy bas przewijający się przez cały utwór. Ogólnie chyba najlepiej zagrany (jak dotąd) kawałek na płycie. Tak jakby zespół dopiero się rozgrzał. Śmiem sądzić, że Jon również wyczuł ten utwór, co zresztą słychać w reakcjach publiczności.
Niejako jako nagrodę dla niej należy potraktować fragmencik "Ritual", po którym następuje nieśmiertelny i (nie ukrywam) wspaniały "And You And I". Uwielbiam ten klimat przed 4-tą minutą... Jest to tak ujmujący utwór, że usprawiedliwia wcześniejsze potknięcia na płycie. Zagrany bez specjalnych nowości, ale... finał z harmonijką ustną połączony z rytmicznym klaskaniem publiki naprawdę potrafi wprowadzić we wspaniały nastrój.
Już bez takiego rozgorączkowania wkładam drugi krążek, na którym wita mnie głos Andersona i bardzo ładne wejście "The River". Cóż kawałek nie jest rewelacyjny, jednak tutaj zagrany i zaśpiewany na pewno lepiej niż na "the Ladder". No i oczywiście tu następuje trzecia część "African Suite" - "Face to Face".
Robert zarzucił jej kiedyś powolność. Anderson stara się przkonać publikę, że tak nie jest dynamicznym odliczaniem na początku utworu, jednak później rzeczywiście nastrój się rozmydla. Osobiście uważam ten kawałek za podobny do nastrojów BIG GENERATOR - dynamiczne choć nie zapadające w pamięć.
Na szczęście już wchodzi piękne piano z "Awaken". Przypominając recenzję Artura Hawliczka: "'Awaken' uważany jest za ostatni wielki utwór klasycznego Yes,(...). To kwintesencja wszystkiego co sprawia, że jedni kochają Yes, a inni nienawidzą(...). Jest to jeden z tych kawałków, które wywołują mrowienie pleców (...) by za chwilę otulić na aksamitnym ciepłem..." Słuchając tego utworu wróciłem w czasy "CttE", "TfTO" i "Relayer". Blisko 18 minut malowanej muzyki... Od tej chwili naprawdę żałowałem, że sam nie zorganizowałem koncertu w Polsce.
Następny utwór przypomniał mi wspaniały koncert z Sali Kongresowej. "I`ve Seen All Good People". W Stolicy wtedy naprawdę było widać wszystkich dobrych ludzi. Na tamtym koncercie jednak robiło to większe wrażenie niż tutaj. Utwór zagrany typowo, bez większych rewelacji. Ot, tak jak zawsze. Fani jednak docenili ten standard skandowaniem : Yes, Yes, Yes... Ten odwzajemnił się przejściem do czasów 90125 w "Cinema". Anderson odpoczywa, a ja znowu podziwiam to niepowtarzalne zgranie instrumentów. I te właśnie płynnie przeszły do hiciora "Owner...". To właściwie jedyny utwór grany dzisiaj przez stacje radiowe. Tutaj - naprawdę nic ciekawego. Jon chyba już ostygł przez dwie minuty Cinema.... Już wolałbym wersję z "Friends..."
Sytuację ratuje dopiero niespodziewana solówka w 4-tej minucie. To na koncercie mogło robić wrażenie (co zresztą słychać).
I tu następuje popisowy "Roundabout" z głośną końcówką. NIE MA SIŁY! Po tym musiały być bisy i na pewno zespół grał co najmniej kolejne pół godziny, a fani i tak odeszli z niedosytem...
I tak było ze mną na koncercie w marcu `98. W pewnym momencie zrobiło się wręcz nudno, ale nagle jakby wszyscy "załapali" o co w tym wszystkim chodzi...
Ogólnie płytę polecam koneserom i prawdziwym Yesomaniakom. Nic specjalnego, ale pozostaje nam tylko to, jeśli pseudoprofesjonaliści nie potrafili zorganizować choćby jednego koncertu w Polsce. Tym bardziej jest to przykre przez fakt, że na wewn. stronie okładki jest lista miejsc, które zespół odwiedził podczas trasy `99-2000. 90 KONCERTÓW! Fakt, odwołane we Włoszech (3) i w Anglii (1), ale Polska nie znalazła się tam wcale! A jest Rumunia i Bułgaria! Może wszyscy wyślijmy meile do Yesów, żeby pamiętali o Nas przy następnej trasie....