Na początek muszę wyznać, że Yes to mój taki ukochany zespół od jakichś 8 lat i mam do nich dosyć specyficzny stosunek. Każda nowa płyta to dla mnie małe święto, a koncert który zagrali w Sali Kongresowej to było wydarzenie o wymiarze nieomal religijnym. Jednakże nie da się ukryć, że najlepsze lata panowie mają już za sobą, a ich nowe nagrania nie mają już tej siły, co legendarne albumy z lat siedemdziesiątych. Tym milej, że czasem potrafią przyjemnie zaskoczyć i wydać płytę taką jak "The Ladder". Nie jest to płyta, która odkrywa nowe ścieżki dla muzyki, jednakże słucha się jej z niekłamaną przyjemnością. Już od dawna muzykom nie pracowało się chyba z taką radością, wreszcie słychać, że jest to ZESPÓŁ, a nie grupa starszych panów przypadkowo zebranych w studiu, aby wydusić jeszcze parę dolców z kieszeni starych fanów. Myślę, że nie ma sensu analizować poszczególnych utworów, gdyż album stanowi pewną całość, od początku do końca utrzymany jest w podobnym klimacie, radosnym i "letnim" aczkolwiek nie bez podniosłości i magii zawsze obecnej gdy śpiewa Jon Anderson, na gitarze gra Steve Howe, a wszystko to spaja dudniący bas Chrisa Squire'a. Wyróżniłbym może pierwszy na płycie utwór Homeworld z cudownymi melodiami przeplatającymi się ze sobą jak za najlepszych, dawnych lat... Pewnie nie jest to album dla każdego, ale jeśli lubicie Yes, to... pewnie już dawno macie tą płytę, więc co ja tu będę dużo gadał!