Najnowsza, bo wydana w 2001 r. , płyta "Magnification" nie zawiera żadnych materiałów bonusowych na płycie (ale niedawno wyszła limitowana wersja "Magnification" z owymi bonusami), ale za to ma bardzo dobrze wydaną książeczkę z ciekawymi rysunkami w stylu "Leonardo da Vinci". Oczywiście książeczka jak książeczka zawiera teksty piosenek, oraz podziękowania. Czyli to co zawsze. Ale tak ogólnie mówiąc to bonusem jest sama płyta w postaci orkiestry, która towarzyszy zespołowi w każdym utworze. Czy zespół Yes uniósł się wraz z nią?
Magnification - utwór zaczyna się dosyć marnie, zupełnie jakby nie wiedzieli co z nim zrobić. Rzecz się zmienia po 1:05 minucie, gdy rytm utworu bardziej się podkreśla. Za udane połączenie dźwięku uważam biegnące w tle piszczenie alfabetu Morse'a. Refren jest bardzo prosty i łatwo go zapamiętać. Nie wiem, czy to dobrze, czy raczej źle. Po 6 minucie zaczyna koda, bardzo dziwna z racji tego, że chaotyczna i naprawdę nie wiadomo jaki jest rytm i czy w ogóle on tu jest. Ale utwór uważam za udany.
Spirit of survival - początek to jest typowa cisza przed burzą. W 45 sekundzie zaczyna się bardzo rockowe brzmienie basu razem z dosyć szybkim rytmem narzuconym przez White'a. W 2:40 minucie następuje wyciszenie, tylko po to żeby znów dojść do motywu basu z perkusją. Dopiero w tym utworze słychać wpływ orkiestry na muzykę, bo nie wyobrażam sobie słuchać tego bez niej. Utwór nie rozwija się, przez co całe 6 minut wleką się bez końca, ale nawet z tymi wadami bardzo lubię ten utwór.
Don't go - No cóż... trudno coś mówić na ten temat. Jest to typowa komercyjna piosenka nadająca się na listy przebojów Radia Zet. Nie widzę innej roli dla tego utworu. I nie ma również co kryć, najgorsze wypociny na płycie. Nic więcej na ten temat nie powiem.
Give love each day - Początek bardzo ładny, lecz... za długi ! Gdyby trwał on jedną minutę byłoby o wiele lepiej. Po pierwszej minucie zaczyna grać orkiestrowy kontrabas, ale ciągle mam wrażenie, że gra on jakby nie w rytm. Nie wiem czy to miało tak być, czy nie..., ale nawet z tymi wadami myślę, że początek jest udany. Zwrotka posiada bardzo ładną linię melodyczną, co uwypukla Jon. Co do refrenu nie mam zastrzeżeń, raczej pasuje do całego utworu. Jednak największa wadą jest to, że utwór nie dochodzi do momentu kulminacyjnego i pod koniec robi się nudny.
Can you imagine - pierwsze co się rzuca w oczy to wokal Chrisa, który, co tu kryć, jest bardzo dobry. Melodia trochę nużąca, ale to nic nie szkodzi, bo utwór ma tylko 2: 56 minuty.
Ogólnie - piosenka raczej średnia.
We agree - Początek z bardzo dobrą melodią graną przez gitarę. Na pochwałę zasługują również podejścia do refrenu, a on jest bardzo ładny i przypadł mi do gustu. Mamy do czynienia z następnym utworem, który nie może istnieć bez orkiestry. " We agree" zasługuje na dużą pochwałę.
Soft as a dove - Początek, podobnie jak w "Magnification", bez pomysłu. Tak samo nie podoba mi się flet ukazujący się tam i ówdzie. Utwór moim zdaniem brzmiałby o wiele lepiej bez niego. Podsumowując - piosenka raczej nudna, bez nowego pomysłu, ale rekompensuje to trwanie utworu, bo tylko 2:15 minuty.
Dreamtime - początek taki nawet dobry, zapowiada całkiem dobry utwór. Bardzo mi się podoba moment w 2:10 minucie kiedy to zaczyna się "dzikie" walenie w bębny razem wokalem. Na pochwałę zasługuje także bas w 4:55 minucie, który posiada całkiem ładne wykonanie. Zwrotki i refren również są bardzo dobre, z melodią, która raczej się nie znudzi. Zaczynająca się w dziewiątej minucie melodia orkiestry przypomina muzykę z horroru, a tuż po chwili zmienia się w muzykę z bajki. Duży kontrast melodii, ale bardzo dobrze pasuje jako koda.
In the presence of - klawiszowe intro bardzo dobre, zapowiada balladę posiadającą piękną melodię. Bas Chrisa nadaje początkowi bardzo przyjemny klimat i za to mu chwała. Melodia hmm... Tego się nie da opisać, tego trzeba posłuchać. I nawet owego wrażenia nie zepsuł refren, wręcz odwrotnie, co jest wyjątkiem, bo czasem piękną melodię potrafi zepsuć właśnie taki refren. W siódmej minucie zaczyna się bardzo ładny fragment utworu. Bas i pizzicato(jak ktoś nie wie to to jest szarpanie palcem o struny) skrzypiec robią naprawdę dobre wrażenie tak jak solo gitary zaczynające się w 8:40 minucie. Nie wiem,
ale jak chłopaki śpiewają coraz kolejne "Standing on sacred ground" to przebiegają mnie ciarki po plecach, co robi jak najlepsze wrażenie. Utwór "In the presence of" jest, co tu kryć, najlepszy na płycie pod względem melodii, wykonania, oraz ogólnego wrażenia.
Time is time - Jak to piszę to właśnie jest koniec wakacji, więc znaczenie tytułu tego utworu(time is time- czas to czas) przybiera bardzo realistyczną (odczuwalną na własnej skórze) postać. Ale przejdźmy do rzeczy. Utwór raczej z prostą melodią, która wpada w uszy słuchaczy, oraz z równie prostym wykonaniem. Również znaczenie tytułu mówi nam, że zapowiedziane sześćdziesiąt minut muzyki na płycie dobiega końca. Podsumowanie- średnio udana koda.
Więc jak to jest? Unieśli się na wyżyny, czy spadli na depresję? Po kilkakrotnym przesłuchaniu płyty uważam, że towarzyszenie orkiestry było w pewnym sensie windą, która uniosła Yes'ów znacznie wyżej niż na wyżyny.
Resumé - Świetne linie melodyczne, świetne wykonanie, świetny pomysł na nagranie płyty razem z orkiestrą - świetna płyta.