Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RECENZJE
Dane o tej płycie

Jazzcat: Magnification

Piotr "Jazzcat" Pacyna
Yesomania / Taboo


Od razu mówię, że nie będę pisał, że orkiestrował Larry Groupe, albo że 'Can You Imagine' pochodzi z mitycznych sesji grupy XYX, bo fan Yes wie o tym doskonale, a przeciętnego słuchacza w ogóle to nie obchodzi. Nie będę też pisał która to płyta Yes i co to za zespół ten Yes. Z tych samych powodów.

1. 'Magnification'

Gdyby ktoś chciał wiedzieć, dlaczego jedni lubią Yes, a inni nie, ten kawałek daje odpowiedź. Żywiołem tej muzyki jest bowiem powietrze, a wiadomo, że nie wszyscy potrafią (i chcą!) latać.
Kiedy po raz pierwszy słuchałem płyty, bardzo się zdziwiłem, że nie promowano tego kawałka. Samo canto, baśniowe i wybitnie chwytliwe, obiecuje wiele. Bardzo wiele. Zawsze w takich wypadkach zaczynam się obawiać, czy refren sprosta tej obietnicy. Niepotrzebnie! Bo 'Magnification' to kompozycja wspaniała - refren, poprzedzony czymś na kształt mostka nie tylko świetnie pasuje do całości, ale jest zarazem i niewymuszony, i zwiewny, i przebojowy. Co by nie mówić o Rabinie, widać tu jego szkołę - canto podane jest na 6 (ostatni takt na 9!), w bridge'u zmienia się w coś, co jest nałożeniem metrum 6/8 na 4/4, by w refrenie przejść na 4, co genialnie i "nieuchronnie" rozładowuje napięcie. Podobne patenty znamy choćby z 'Cyferek' czy 'Union'.

2. 'Spirit of Survival'

Doczekaliśmy się. Po raz pierwszy w historii Yes mamy utwór całkowicie pozbawiony radości. Choćby odrobiny. No bo takie np. 'Bring Me to the Power' czy 'Sign Language' mają w sobie jednak nadzieję. Nawet śpiew Andersona nie brzmi lirycznie. To w sumie prawie rapowanie (nie licząc otwierającego, podanego a capella motywu, który później dwukrotnie powraca, i który przypomina nieco XIX-wieczną muzykę rosyjską). Ale reszta nie ma z romantyzmem nic wspólnego. Całość oparta jest na monotonnym basowym riffie, który dumnie kroczy przez cały utwór, a towarzystwa dotrzymują mu orkiestrowe crescenda, choć przyznać trzeba, że sama orkiestra specjalnie dużo nie wnosi. To dramatyczna, miejscami agresywna opowieść, przepojona beznadzieją i rezygnacją. Końcówka przepiękna.
Trochę tylko żałuję, że magiczny motyw wprowadzony przez Andersona ("Can't keep this picture", 0:30), nie zostaje w dalszej części utworu rozwinięty.

3. 'Don't Go'

'Don't Go' generalnie uchodzi za gówno, a przecież to kapitalny kawałek. A poza tym naprawdę, naprawdę wcale nie taki prosty, jakby sobie tego życzyli jego przeciwnicy. Nie ma tam ani jednej zbędnej nuty. Kompozycja świetna, napięcie zrobione brawurowo, w dodatku utwór jest zdrowo nafaszerowany szczegółami. Jest np. taki moment gdzieś w okolicach 3:10: aranż się zagęszcza i zagęszcza, Anderson coraz bardziej przejęty i nagle całość ciągnięta na smykach zaczyna wzlatywać w powietrze (3:22), a perka i bas taktownie się usuwają, jakby robiąc miejsce. Ach, piękne! Takie "sprzęgło". Albo to akcentowanie bębnów trąbeczką, co słychać już na samym początku ("Don't be so Cruel", pap, pap, "Hurting Youself", pap, pap). Musiało im się spodobać, bo podobny zabieg aranżacyjny słychać w 'In the Presence of'.

4. 'Give Love Each Day'

Intro, przypominające partie 'Secret Story' Metheny'ego z orkiestracją Jeremy'ego Lubbocka, i samo canto są po prostu niesamowite! To klimat czwartej rano. A może wpół do piątej? Pewnie jakoś tak. Moment, kiedy słońce zaczyna już spalać noc. Niebawem ostatnie jej zgliszcza znikną, a wiatr zamiecie niebo do czysta. Stojąc na balkonie i trzymając w ręku kubek z mrożonym malinowym sokiem przypominasz sobie, że gdzieś, w jakimś swoim śnie już widziałeś to niebo. Ale kiedy to było i czemu przypomniało ci się akurat tu i teraz?... Nie dane ci jednak dalej rozmyślać, bo ktoś wali cię obuchem w łeb. Refren! Ten słodki, ociężały i wymęczony refrenik naprawdę mogli sobie darować, Przez niego utwór zjeżdża ze świstem o dwie klasy w dół.
Może się mylę, ale wydaje mi się, że Anderson, człowiek "pozytywny", przepełniony miłością do świata, w głębi ducha nigdy tak naprawdę nie akceptował 'Gatesów' czy 'Ancient', że gdyby dać mu wolną rękę, tworzyłby ciągle rzeczy w rodzaju 'Rejoice' i 'Teakbois'. Może dlatego jego solowe płyty nigdy mi nie podchodziły? I może dlatego są utwory Yes, w których przeszkadza mi klimatyczna schizofrenia? Weźmy taki 'Endless Dream' na ten przykład. Żywiołowe intro oraz klawiszowy wstęp do części drugiej, z przetworzonym wokalem Rabina ("Hold your head up...") to muzyka niezwykła, a w dodatku daleka od wszystkiego, co Yes dotąd robił. Niepokojąco nierealny, apokaliptyczny wręcz nastrój funduje dreszcze nie tylko miłośnikom zespołu. Ale co się dzieje później? Wchodzi typowa Andersonowska melodia. Bardzo ładna. Naprawdę. Jest uroczo, marzycielsko, ciepło, tylko że słuchacz jest rozczarowany i tęskni za tematem Rabina.
W 'Give Love' specjalnie tego nie czuć, bo sprawę ratuje dynamika orkiestry, nieporównywalna przecież z pięcioosobowym składem. Ale bez niej byłoby kiepsko.

5. 'Can You Imagine'

Mój faworyt, zaraz po 'Magnification'. Ten utwór jest jak jedno tchnienie.
To muzyka miasta o brzasku: zaplamione światłami neonów i sklepowych witryn ulice zaczynają się oczyszczać, a do ich krwiobiegu dostaje się tłum. Słychać klaksony, staccato obcasów i szelest rozwijanych gazet, gdzieniegdzie rozbrzmiewają nawoływania, brzęk monet i syk pary wydobywającej się spod ulic.
A towarzyszą im glissy Howe'a, którego gitara najpierw cichutko ziewa, a później (0:24) rozkosznie się przeciąga, natchniony wokal Squire'a pod opieką chórków Andersona. smyki dialogujące z melodią, poza tym ostrożne i taktowne, miejscami grające niemalże ostinato. I nie trzeba nic więcej. Choć 'Can You Imagine' to praktycznie dwukrotnie powtórzony temacik, tyle że za drugim razem wsparty na sekcji rytmicznej. I tylko w pewnym momencie White trochę chyba niepotrzebnie obtłukuje wszystkie swoje werble (2:06).

6. 'We Agree'

Jeden z najsłabszych numerów na płycie.
Sprawa jest podobna jak w 'Give Love'. Odjazdowy początek, pełna zadumy, refleksyjna zwrotka (cudna fraza "Danger is the most important fear you'll ever know"!), ale potem... No właśnie! Robi się ładnie, pogodnie i świątecznie, narrację trafia oczywiście szlag, a całość zdecydowanie traci impet. A poza tym refren próbuje wbić nam się w serce nie o własnych siłach, a siłami orkiestry. Te hollywoodzkie niemal legato smyków! Te dęciaki! Nieee. I disagree!

7. 'Soft as a Dove'

Jego największą zaletą jest to, że nie ma pretensji do bycia utworem wybitnym czy nawet ważnym. Jako strawa duchowa trochę dietetyczny, ale posłuchać można. Choć nie za takie utwory Yes kochamy.

8. 'DreamTime'

Zajmuje umysł. Nie serce. Przynajmniej w moim przypadku. Utwór ten bowiem, pomijając kilka fragmentów, jest dla mnie emocjonalnie obojętny, za to analiza jego formy sprawia pewną satysfakcję.
Ale! Znalazł się tutaj mój ulubiony fragment z całej płyty (4:14). Glissy Howe'a z superinteligentnie podkładanymi smykami, basik naparzający prawie jak w 'Tempus Fugit' i to gitarowe plumkanie (4:40)... Cudo! Takiej Yesmuzyki mógłbym słuchać do końca życia. Później (6:21) mamy coś, co znamy chociażby z 'Heat of the Sunrise' - tło w stosunku do fragmentu poprzedniego pozostaje bez zmian, za to pojawia się melodia przedstawiona już wcześniej (na tle "rytualnych" bębnów). Wspaniale puentuje ją solo Howe'a (7:48). Ech, ktoś powinien zrobić kiedyś analizę tej kompozycji.
Trochę zaskakuje początek i ten jakby-skądś-znany motyw skrzypiec. Linia basu wyraźnie nawiązuje do tej z 'In the Presence of'.
Końcówka to kontynuacja rozmyślań nad malinowym kubkiem.

9. 'In the Presence of'

Wiele można zarzucić Yesom, ale chyba nie to, że kopiują samych siebie. Bo kiedy ostatnio słyszeliśmy u nich soulowe harmonie? Bodaj chyba na 'Going for the One'!
Co tu dużo mówić. Jeden z najlepszych utworów na płycie, i jeden z najlepszych utworów Yes w ogóle. Praktycznie już dziś jest to klasyk tej miary co 'Roundabout' czy 'Siberian Khatru'. Jedną z przyczyn jest być może fakt, że ItPo to monolit. Taki monolit, że nawet niespecjalnie chce się go analizować pod kątem formy. Wszystkie jest tak spójne, tak naturalne. Jeśli były jakieś szwy, to nie została po nich nawet blizna.
Wielki finał, z synkopującą perką, dostarcza emocji porównywalnych z pamiętnym zakończeniem 'Remembering' ("Alternate view, surely, surelyyy"). I też zabiera nas gdzieś tam, wysoko, wysoooko. Jest tylko małe ale: z tej wysokości nie widać za bardzo innych kompozycji.
Ba, sam mistrz Howe, do tej pory raczej powściągliwy, wreszcie odważa się wylecieć ze skali!
A dostojny, pełen tęsknoty początek, to jedna z najwspanialszych muzycznych opowieści o przemijaniu, jakie znam.

10. 'Time is Time'.

Ten kawałek jest jak postcoitalny papieros. Jakkolwiek dobrze by nie smakował, i tak nie zdoła wymazać z pamięci tego, co działo się wcześniej.

Lepszej płyty Yes nie będzie. Nie czekajcie więc na cud, on już nadszedł. "We' re living in days of wonder". Simon miał rację.

Ocena: 9/10
Piotr 'JazzCat' Pacyna

Recenzja pierwotnie opublikowana w magazynie Taboo


Na Yesomanii od 9 marca 2003.

   POWIĄZANE:

Dane o tej płycie

Magnification wg CC
...Większość nagrywających współcześnie zespołów neoprogresywnych (w tym niektóre wynoszone na piedestały), choć obficie czerpie ze źródła Yes, ciągle nie jest w stanie nawet zbliżyć się do poziomu recenzowanej tu płyty....
Autor: Citizen Cain (Caladan)
Dodane: 9 marca 2003.

Piotr: Magnification
...Towarzyszenie orkiestry było w pewnym sensie windą, która...
Autor: Piotr Lewańczyk (Yesomania)
Dodane: 9 marca 2003.

Chris Squire - Spełniam kolejne marzenia
...Wolę Strawińskiego czy Dworzaka z płyt. Generalnie, lubię muzykę z początku XX wieku. Jeśli mam słuchać poza domem utworów niezwiązanych bezpośrednio z moją branżą, wybieram musicale...
Autor: Jacek Cieślak (Rzeczpospolita)
Dodane: 9 marca 2003.

Witek: Magrefleksje
...Wreszcie zawrócili w stronę muzyki, którą naprawdę czują i która dała im sławę a nam wiele radości i niespotykanych doznań....
Autor: Witold Czuszyński (Yesomania)
Dodane: 22 października 2001.

Luke: Magnification
...Płyta roku, płyta która zmienia życie...
Autor: ukasz Wierzbicki (Yesomania)
Dodane: 22 października 2001.

Wojtek: in"M"veritas
...Magnification to wieloskladnikowy lek o nowej formule dzialania...
Autor: Wojtek Płóciennik (Yesomania)
Dodane: 22 października 2001.

Powiększenie - wywiad z Alanem White
...To całkiem inspirujące przeżycie, kiedy za twoimi plecami znajduje się grupa około 50 muzyków i wszyscy się na ciebie gapią (śmiech). Ale naprawdę to świetna sprawa...
Autor: Robert Nowak (Metal Hammer 11/2001)
Dodane: 25 września 2001.

Robert: Magnification
...Magnification zawiera w całości niemalże muzykę premierową, muzykę wspaniałą, oryginalną, nie dającą się oskarżyć o kopiowanie starych pomysłów...
Autor: Robert Drózd (Yesomania)
Dodane: 23 września 2001.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd