Od razu mówię, że nie będę pisał, że orkiestrował Larry Groupe, albo że
'Can You Imagine' pochodzi z mitycznych sesji grupy XYX, bo fan Yes wie o
tym doskonale, a przeciętnego słuchacza w ogóle to nie obchodzi. Nie będę
też pisał która to płyta Yes i co to za zespół ten Yes. Z tych samych
powodów.
1. 'Magnification'
Gdyby ktoś chciał wiedzieć, dlaczego jedni lubią Yes, a inni nie, ten
kawałek daje odpowiedź. Żywiołem tej muzyki jest bowiem powietrze, a
wiadomo, że nie wszyscy potrafią (i chcą!) latać.
Kiedy po raz pierwszy słuchałem płyty, bardzo się zdziwiłem, że nie
promowano tego kawałka. Samo canto, baśniowe i wybitnie chwytliwe,
obiecuje wiele. Bardzo wiele. Zawsze w takich wypadkach zaczynam się
obawiać, czy refren sprosta tej obietnicy. Niepotrzebnie! Bo
'Magnification' to kompozycja wspaniała - refren, poprzedzony czymś na
kształt mostka nie tylko świetnie pasuje do całości, ale jest zarazem i
niewymuszony, i zwiewny, i przebojowy. Co by nie mówić o Rabinie, widać tu
jego szkołę - canto podane jest na 6 (ostatni takt na 9!), w bridge'u
zmienia się w coś, co jest nałożeniem metrum 6/8 na 4/4, by w refrenie
przejść na 4, co genialnie i "nieuchronnie" rozładowuje napięcie. Podobne
patenty znamy choćby z 'Cyferek' czy 'Union'.
2. 'Spirit of Survival'
Doczekaliśmy się. Po raz pierwszy w historii Yes mamy utwór całkowicie
pozbawiony radości. Choćby odrobiny. No bo takie np. 'Bring Me to the
Power' czy 'Sign Language' mają w sobie jednak nadzieję. Nawet śpiew
Andersona nie brzmi lirycznie. To w sumie prawie rapowanie (nie licząc
otwierającego, podanego a capella motywu, który później dwukrotnie powraca,
i który przypomina nieco XIX-wieczną muzykę rosyjską). Ale reszta nie ma z
romantyzmem nic wspólnego. Całość oparta jest na monotonnym basowym
riffie, który dumnie kroczy przez cały utwór, a towarzystwa dotrzymują mu
orkiestrowe crescenda, choć przyznać trzeba, że sama orkiestra specjalnie
dużo nie wnosi. To dramatyczna, miejscami agresywna opowieść, przepojona
beznadzieją i rezygnacją. Końcówka przepiękna.
Trochę tylko żałuję, że magiczny motyw wprowadzony przez Andersona
("Can't keep this picture", 0:30), nie zostaje w dalszej części utworu
rozwinięty.
3. 'Don't Go'
'Don't Go' generalnie uchodzi za gówno, a przecież to kapitalny kawałek.
A poza tym naprawdę, naprawdę wcale nie taki prosty, jakby sobie tego
życzyli jego przeciwnicy. Nie ma tam ani jednej zbędnej nuty. Kompozycja
świetna, napięcie zrobione brawurowo, w dodatku utwór jest zdrowo
nafaszerowany szczegółami. Jest np. taki moment gdzieś w okolicach 3:10:
aranż się zagęszcza i zagęszcza, Anderson coraz bardziej przejęty i nagle
całość ciągnięta na smykach zaczyna wzlatywać w powietrze (3:22), a perka i
bas taktownie się usuwają, jakby robiąc miejsce. Ach, piękne! Takie
"sprzęgło". Albo to akcentowanie bębnów trąbeczką, co słychać już na samym
początku ("Don't be so Cruel", pap, pap, "Hurting Youself", pap, pap).
Musiało im się spodobać, bo podobny zabieg aranżacyjny słychać w 'In the
Presence of'.
4. 'Give Love Each Day'
Intro, przypominające partie 'Secret Story' Metheny'ego z orkiestracją
Jeremy'ego Lubbocka, i samo canto są po prostu niesamowite! To klimat
czwartej rano. A może wpół do piątej? Pewnie jakoś tak. Moment, kiedy
słońce zaczyna już spalać noc. Niebawem ostatnie jej zgliszcza znikną, a
wiatr zamiecie niebo do czysta. Stojąc na balkonie i trzymając w ręku
kubek z mrożonym malinowym sokiem przypominasz sobie, że gdzieś, w jakimś
swoim śnie już widziałeś to niebo. Ale kiedy to było i czemu przypomniało
ci się akurat tu i teraz?... Nie dane ci jednak dalej rozmyślać, bo ktoś
wali cię obuchem w łeb. Refren! Ten słodki, ociężały i wymęczony refrenik
naprawdę mogli sobie darować, Przez niego utwór zjeżdża ze świstem o dwie
klasy w dół.
Może się mylę, ale wydaje mi się, że Anderson, człowiek "pozytywny",
przepełniony miłością do świata, w głębi ducha nigdy tak naprawdę nie
akceptował 'Gatesów' czy 'Ancient', że gdyby dać mu wolną rękę, tworzyłby
ciągle rzeczy w rodzaju 'Rejoice' i 'Teakbois'. Może dlatego jego solowe
płyty nigdy mi nie podchodziły? I może dlatego są utwory Yes, w których
przeszkadza mi klimatyczna schizofrenia? Weźmy taki 'Endless Dream' na ten
przykład. Żywiołowe intro oraz klawiszowy wstęp do części drugiej, z
przetworzonym wokalem Rabina ("Hold your head up...") to muzyka niezwykła,
a w dodatku daleka od wszystkiego, co Yes dotąd robił. Niepokojąco
nierealny, apokaliptyczny wręcz nastrój funduje dreszcze nie tylko
miłośnikom zespołu. Ale co się dzieje później? Wchodzi typowa
Andersonowska melodia. Bardzo ładna. Naprawdę. Jest uroczo,
marzycielsko, ciepło, tylko że słuchacz jest rozczarowany i tęskni za
tematem Rabina.
W 'Give Love' specjalnie tego nie czuć, bo sprawę ratuje dynamika
orkiestry, nieporównywalna przecież z pięcioosobowym składem. Ale bez niej
byłoby kiepsko.
5. 'Can You Imagine'
Mój faworyt, zaraz po 'Magnification'. Ten utwór jest jak jedno
tchnienie.
To muzyka miasta o brzasku: zaplamione światłami neonów i sklepowych
witryn ulice zaczynają się oczyszczać, a do ich krwiobiegu dostaje się
tłum. Słychać klaksony, staccato obcasów i szelest rozwijanych gazet,
gdzieniegdzie rozbrzmiewają nawoływania, brzęk monet i syk pary
wydobywającej się spod ulic.
A towarzyszą im glissy Howe'a, którego gitara najpierw cichutko ziewa, a
później (0:24) rozkosznie się przeciąga, natchniony wokal Squire'a pod
opieką chórków Andersona. smyki dialogujące z melodią, poza tym ostrożne i
taktowne, miejscami grające niemalże ostinato. I nie trzeba nic więcej.
Choć 'Can You Imagine' to praktycznie dwukrotnie powtórzony temacik, tyle
że za drugim razem wsparty na sekcji rytmicznej. I tylko w pewnym momencie
White trochę chyba niepotrzebnie obtłukuje wszystkie swoje werble (2:06).
6. 'We Agree'
Jeden z najsłabszych numerów na płycie.
Sprawa jest podobna jak w 'Give Love'. Odjazdowy początek, pełna zadumy,
refleksyjna zwrotka (cudna fraza "Danger is the most important fear you'll
ever know"!), ale potem... No właśnie! Robi się ładnie, pogodnie i
świątecznie, narrację trafia oczywiście szlag, a całość zdecydowanie traci
impet. A poza tym refren próbuje wbić nam się w serce nie o własnych
siłach, a siłami orkiestry. Te hollywoodzkie niemal legato smyków! Te
dęciaki! Nieee. I disagree!
7. 'Soft as a Dove'
Jego największą zaletą jest to, że nie ma pretensji do bycia utworem
wybitnym czy nawet ważnym. Jako strawa duchowa trochę dietetyczny, ale
posłuchać można. Choć nie za takie utwory Yes kochamy.
8. 'DreamTime'
Zajmuje umysł. Nie serce. Przynajmniej w moim przypadku. Utwór ten
bowiem, pomijając kilka fragmentów, jest dla mnie emocjonalnie obojętny, za
to analiza jego formy sprawia pewną satysfakcję.
Ale! Znalazł się tutaj mój ulubiony fragment z całej płyty (4:14).
Glissy Howe'a z superinteligentnie podkładanymi smykami, basik naparzający
prawie jak w 'Tempus Fugit' i to gitarowe plumkanie (4:40)... Cudo!
Takiej Yesmuzyki mógłbym słuchać do końca życia. Później (6:21) mamy coś,
co znamy chociażby z 'Heat of the Sunrise' - tło w stosunku do fragmentu
poprzedniego pozostaje bez zmian, za to pojawia się melodia przedstawiona
już wcześniej (na tle "rytualnych" bębnów). Wspaniale puentuje ją solo
Howe'a (7:48). Ech, ktoś powinien zrobić kiedyś analizę tej kompozycji.
Trochę zaskakuje początek i ten jakby-skądś-znany motyw skrzypiec. Linia
basu wyraźnie nawiązuje do tej z 'In the Presence of'.
Końcówka to kontynuacja rozmyślań nad malinowym kubkiem.
9. 'In the Presence of'
Wiele można zarzucić Yesom, ale chyba nie to, że kopiują samych siebie.
Bo kiedy ostatnio słyszeliśmy u nich soulowe harmonie? Bodaj chyba na
'Going for the One'!
Co tu dużo mówić. Jeden z najlepszych utworów na płycie, i jeden z
najlepszych utworów Yes w ogóle. Praktycznie już dziś jest to klasyk tej
miary co 'Roundabout' czy 'Siberian Khatru'. Jedną z przyczyn jest być
może fakt, że ItPo to monolit. Taki monolit, że nawet niespecjalnie chce
się go analizować pod kątem formy. Wszystkie jest tak spójne, tak
naturalne. Jeśli były jakieś szwy, to nie została po nich nawet blizna.
Wielki finał, z synkopującą perką, dostarcza emocji porównywalnych z
pamiętnym zakończeniem 'Remembering' ("Alternate view, surely, surelyyy").
I też zabiera nas gdzieś tam, wysoko, wysoooko. Jest tylko małe ale: z
tej wysokości nie widać za bardzo innych kompozycji.
Ba, sam mistrz Howe, do tej pory raczej powściągliwy, wreszcie odważa się
wylecieć ze skali!
A dostojny, pełen tęsknoty początek, to jedna z najwspanialszych
muzycznych opowieści o przemijaniu, jakie znam.
10. 'Time is Time'.
Ten kawałek jest jak postcoitalny papieros. Jakkolwiek dobrze by nie
smakował, i tak nie zdoła wymazać z pamięci tego, co działo się wcześniej.
Lepszej płyty Yes nie będzie. Nie czekajcie więc na cud, on już
nadszedł. "We' re living in days of wonder". Simon miał rację.
Ocena: 9/10
Piotr 'JazzCat' Pacyna
Recenzja pierwotnie opublikowana w magazynie Taboo