1. 'Homeworld'
Kiedy Yesi w końcu zrozumieją, że najlepiej wychodzą im te utwory, w
których słychać jakąś tajemniczość, niepokój? Taki jest 'Awaken', taki jest
CTTE, taki jest też Homeworld. Mostek łączący canto z refrenem to dla mnie
jeden z najwspanialszych fragmentów na płycie.
Ktoś kiedyś pisał, że ta klawiszowa solówka pojawiająca się po
przyspieszeniu jest genialna. Ech. Wg mnie jest beznadziejna. To
praktycznie jazda po gamie; raz w górę, raz w dół. Bez polotu. Bez
pomysłu. Dziwi mnie to, bo tuż przed nią, pod słowami "Homeworld",
rozkwita doskonałe, wakemanowskie solo, ale kończy się raptownie, nie
zdążywszy przebić się na wierzch. Szkoda. Za to Howe spisał się na piątkę
- jego opowieść o canto jest i zajmująca, i na temat. Często cofam w tym
miejscu taśmę, to dla mnie też jeden z lepszych fragmentów.
2. 'It Will be a Good Day'
Utwór z gatunku niekoniecznych. Canto przypomina mi jakąś piosenkę
Gawlińskiego. Refren zupełnie nijaki. Ciekawa sprawa - w trakcie
pierwszego przesłuchania TL towarzyszył mi znajomy, fan bluesa i rocka,
który poza tym, ze wygląda toćka w toćkę jak Leon Zawodowiec, jest całkiem
normalny. No więc słuchamy sobie i nagle mówi:
- Wiesz, ta muzyka brzmi jednak archaicznie.
- No co ty, czemu? - mówię.
- Chyba przez te klawisze.
Zignorowałem wtedy tę uwagę, jednak przy następnych przesłuchaniach
musiałem przyznać mu rację. Przynajmniej jeśli idzie o ten kawałek.
Rzeczywiście - keyboardy brzmią tu jakoś tak twardo, ostro. Pamiętacie
Andrzeja Korzyńskiego? Na początku lat osiemdziesiątych z podejrzaną
lubością okładał dźwiękami polskie filmy. Uwielbiał takie aranże.
3. 'Lighting Strikes'
Moja pierwsza myśl - gdyby amputować ten perkusyjny loop, a w jego
miejsce przyprawić gary White'a, rzecz brzmiałaby jak pozostałość po sesji
'Tormato'. Zaniepokoiła mnie jedna rzecz - że poza brzmieniem, nie mam tej
perkusji specjalnie nic do zarzucenia. Czyżby dowód na to, jak niewielką
rolę odgrywa w zespole Alan? Zastanawiano się onegdaj, czemu LS nie stał
się hitem. Myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze - przez obrażanie
słuchacza. Yesi wyszli bowiem z durnego założenia, że jeśli perka nie
brzmi jak walenie gumowym młotem w grzejnik, to nie ma szans, żeby utwór
stał się hitem. Skąd ten pomysł? Od Trevora? Chyba nie. Wprawdzie
wielokrotnie zarzucano mu, ze niszczyciel Wielkiego Yes, ze cienki
gitarzysta, ze twórca jednego przeboju, że wokalista, morfinista i
alpinista, ale tak surrealistycznego poczucia humoru to on raczej nie ma.
Drugi powód - zachwianie dramaturgii. Utwór właściwie rozwija się bez
suspensu - jest początek, potem wchodzi gitarka, itede, ale dalej już nic
się nie zmienia, poza tym, ze dochodzą trąby i flecik. Przez ten ostatni,
LS przypomina nieco 'You Can Call Me Al' Paula Simona. Z korzyścią dla
tego ostatniego, niestety.
4. 'Can I'
Kolejny utwór niekonieczny. Za 'We Have Heaven' też w sumie nie przepadam.
5. 'Face to Face'
Może to tylko moja fantazja, ale wydaje mi się, że utwór powstał w
pośpiechu. Pojawił się refren i trzeba go było czymś otoczyć. Po dość
zaskakującym wstępie, z akordeonem i dźwiękami syntezatora, które Igor
przeciąga z jednego kanału w drugi, wchodzi chwytliwy motyw gitary,
przybijany werblem i basem. Ten sam motyw pojawia się później tuż przed
refrenem, jako genialny rozbieg. Wydaje się jednak, że dalsza część
kompozycji to typowa wata dźwiękowa. Alan zaczyna nabijać rytm, Chris
jedzie po gryfie w górę, jakby nie wiedział, co począć, aż w końcu znajduje
ten swój przyjemny motywik i zaczyna się zwrotka. Ale zupełnie bez pary.
Bez kopa. Sprawę ratuje wejście refrenu, chyba jednego z bardziej
trafionych na płycie. Szkoda, że akordeon pojawia się na krótko i niewiele
wnosi. Sprawia przez to wrażenie, że jego obecność jest przypadkowa.
6. 'If Only You Knew'
Świetna balladka. Trochę może za bardzo Eurowizyjna, ale i tak mi się
podoba. Nie wiem, czy puszczali to w radiu, jeśli nie - powinni.
7. 'To Be Alive'
To mógłby być znakomity kawałek. W końcu chyba po raz pierwszy Yesi
sięgnęli po chińszczyznę. Te klawiszowe wstawki też bardzo fajne. Potem
jednak zostajemy przytłoczeni banalnością refrenu i nastrój pryska. A
można było z tego chińskiego klimatu coś jeszcze wydobyć; wstawić jakieś
szarpane solo, albo jakąś króciutką chińską wokalizę w stylu tej z 'Angor
War'. A propos, zawsze mnie śmieszyło nazywanie tego kambodżańskiego
gaworzenia poezją. Nie dość, że brzmi toto, jakby kto orzechy gryzł, to
jeszcze ma pretensje do bycia poezją. No komedyja, słowo daję! "I'm the
children of the universe, I want to live in world with harmony..." - mój
sąsiad trzaska lepsze poezyje gadając przez sen.
Zastanawiam się, dla kogo ten utwór? Jak na przebój za mało przebojowy,
a jeśli miała to być duchowa pasza dla fanów starego Yes, to pasza raczej
kiepska. A, to Andersonowskie "Hep" w końcówce kojarzy się znowu z 'We
Have Heaven'.
8. 'Finally'
Niby taki amerykański pop-soul-rock z lat osiemdziesiątych, ale mistrzom
w rodzaju Steve'a Winwooda czy Toto niestety nie dorównuje. Obłoczna
końcówka, stężeniem bajkowości dorównująca najlepszym utworom Yes. Gitarka
Howe'a rzeźbi wyjątkowo pięknie. Ech, aż się prosi, żeby to pociągnąć!!
9. 'The Messenger'
Uwielbiam ten numer. Refren brzmi właściwie jak glosa do Homeworld (to
nie zarzut, a jeno konstatacja) i stanowi dla mnie kwintesencje stylu Yes:
jest podniosły, ale nie nachalnie radosny, wesoły, ale nie wesołkowaty,
potężny, ale i subtelny zarazem. I znowu - tuż przed "One love, one
world..." w lewym kanale rozkwita urokliwa klawiszowa solówka (trochę w
stylu Marka Kelly'ego tym razem), ale zamiast się rozrosnąć, kończy się
równie nieoczekiwanie, jak się pojawiła. A część "One love" rzeczywiście
piękna. I te chórki! Prawie jak w 'Going for the One'. Tylko czemu TM
tak szybko się kończy? Gdyby go rozwinąć, mielibyśmy jeden z najlepszych
Yessongów ostatnich dwudziestu lat.
10. 'New Language'
A to w sumie zwykła piosenka, tyle że odgrodzona przed zarzutami o pop
tym instrumentalnym murem na samym początku. Canto brzmi jak melanż tego z
'Almost Like Love' i 'Arriving UFO', potem mamy bardzo sympatyczny mostek,
przywodzący na myśl niesamowity 'I'm Running', refren zaś jest przyjemny,
ale jednak trochę wymęczony, trochę na siłę. Solo Howe'a podoba mi się,
jednak temu z 'Homeworld' absolutnie nie dorównuje. Początek kapitalny.
Naprawdę. Czemu oni częściej tak nie grają? To intro przypomina mi wstęp
utworu 'New State of Mind'.
Myślę, że chyba o wiele lepszym wyjściem byłoby zastąpienie środka NL
'The Messengerem'. Ach, mielibyśmy wtedy prawdziwego killera.
11. '9 Voices'
Ładne, choć początek obiecuje o wiele za dużo. Znowu kłania się BG. Tym
razem dramatyczna pieśń o sławnym bojowniku Hollym Lampie.
Generalnie to niezła płyta. Przeszkadza mi drastyczne przycinanie
utworów w trosce o radiopoprawność ('The Messenger', 'Finally') i trochę
zbyt przejrzyste, "dziurawe" aranże ('It Will Be', 'If Only'), w których
brakuje takich smaczków, jakie mieliśmy chociażby na 'Union'. Gdyby
rozbudować TM, byłby to jeden z najlepszych utworów w historii Yes. Są na
TL momenty niebywałej urody, ale pałętają się po całej płycie, jakby
czekając, aż ktoś je wszystkie powyławia i ułoży sobie z nich w głowie
jakiś jeden utwór.
Ocena: 7/10
Piotr 'JazzCat' Pacyna
Recenzja pierwotnie opublikowana w magazynie Taboo