***3/4
Po cichutku, bez reklamy, niemal kuchennymi drzwiami pojawił się na rynku nowy album grupy Yes. Dodajmy, grupy Yes w składzie znanym z płyty "90125". Przez niektórych uważanej za zdradę starego, dobrego stylu grupy, przez innych za ciekawą propozycję grania czegoś nowego i próbę dotarcia do szerszej publiczności. W każdym razie to tamten album był największym sukcesem komercyjnym zespołu. Czy ten nim będzie? Raczej nie.
Przebrzmiała już sława tego zespołu. Muzycy próbowali wskrzesić jeszcze dni chwały hybrydą "Union" ,nagraną (a raczej zestawioną z różnych nagrań z różnych sesji) przez niemal wszystkich maczających kiedykolwiek palce w przedsięwzięciu Yes. Wiadomo jednak było, że ten Frankenstein nie przetrwa. I nie przetrwał.
Ci, którzy mieli prawo do nazwy, znów namówili Jona Andersona i po cichu nagrali płytę. Na albumie rządzą Trevor Rabin i Jon Anderson. Ci panowie są jak teza i antyteza. A jakaż jest synteza? Przedziwna.
Siedem kawałków. Jeden knot, dwa nijakie przeboiki, jeden utwór z pretensjami (w których rządzi Rabin) i trzy perełki (pierwsze skrzypce Anderson). Na szczęście te perełki zajmują ponad połowę płyty i słuchając ich, jest się czym rozkoszować. "I Am Waiting" to przepiękna ballada, ze znakomitym tematem gitary, umiejętnie podawanym przez Rabina i wspaniałym głosem Andersona przypominającym najlepsze jego interpretacje z lat 70-ych. "Where Will You Be" oparty na motywie pozytywki czy, jak powiedział mi znajomy muzykolog, swojskiego kujawiaka, koi uszy po pseudorockowych kawałkach w stylu "Walls". Wreszcie "Endless Dream" - pierwsza od wielu lat suita zespołu. Znów słychać tu kawał dużej muzyki. Skojarzenia z najlepszymi latami Yes potęgują tu kilkusekundowe, umiejętnie wplecione w całość, cytaty ze starych dobrych płyt zespołu. To Yes jaki lubię i może dlatego trochę zawyżona ocena. Ale choćby dla tego jednego kawałka, warto tej płyty posłuchać.
(Igan)