Czym właściwie był rock progresywny? Inkubatorem nowego myślenia o rock & rollu? Gloryfikacją smaku i harmonii, jako naczelnych wartości muzycznych? Genialną kulminacją beatlesowskich poszukiwań... ? A może raczej tandetną bufonadą kilkunastu młodych, zbyt ambitnych i zbyt... zdolnych muzyków? Niezależnie jednak od tego, fakt pozostaje faktem, że w latach 68-74, wyprodukowano w tym nurcie kilka, rzeczywiście progresywnych i przełomowych arcydzieł... "Relayer" to kwintesencja, kontrowersyjnego, lecz niezaprzeczalnego talentu muzyków YES. To apogeum "progresji" art-rocka, zamknięta w niepowtarzalnych popisach klasy SQUIRE'A i HOWE'A z rozwinięcia "The Gate of Delirium" (bodaj najciekawszej suity w dorobku YES), w klawiszowych pasażach MORAZA, czy dynamicznych, skomplikowanych rytmach WHITE'A... To poniekąd absolut rockowego liryzmu, wyśpiewany w przepięknym, andersonowskim "Soon"... To dla wielu, niekwestionowany wzorzec wyczucia dramaturgii kompozycji ("Sound Chaser")... Tak naprawdę jednak, "Relayer" to przede wszystkim ogromny ładunek pozadźwiękowych wrażeń... jakoś umykających wszelkim (a już na pewno moim) próbom ich opisania. A więc. bez zbędnej grafomanii - to po prostu trzeba znać!!!
NAPEWNONIEWYSOCKI
PS: Szkoda tylko, że "Relayer", jak czas pokazał, stał się swoistym epitafium, nie tylko dla samego YES, lecz także dla całego, progresywnego nurtu.
Autor naprawdę tak się podpisał :) Jako dodatek do recenzji organizowany był konkurs, w którym można było wygrać płytę. Aby odpowiedź dotarła, należało podać na kopercie nazwisko autora, z czym jak nietrudno się domyślać był problem :)