Jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego spośród setek znanych mi wykonawców właśnie Yes zasłużył na taką pozycję? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest zaskakująco dokładna - moja przygoda z Yes ma miejsce od wtorku, 14 czerwca 1994 roku. Właśnie we wtorki, między godziną 20 a 21 w radiu WaWa pojawiała się cotygodniowa audycja pt. Camel Rhythm, w której przedstawiano różne zespoły - co tydzień inny. Owego dnia zapowiadano program o Talking Heads, która to nazwa trochę była mi znana i liczyłem na posłuchanie kawałka dobrej muzyki. O godzinie 20 zawiodłem się. Otóż w Wawie pomylono kasety i zamiast zespołu Byrne'a puszczono Yes, o którym wcześniej nie miałem bladego pojęcia. Uśmiechnąłem się - jaka głupia nazwa i zdegustowany obrotem sprawy wyłączyłem radio. Zacząłem oglądać jakiś serial, ale po paru minutach, wiedziony niewiadomym instynktem, włożyłem kasetę i nagrałem sobie audycję. Nagrania te mam do dziś, chociaż są kiepskiej jakości, a prezenter wcina się w prawie każdą piosenkę to nie potrafię opisać wartości jaką dla mnie mają. Można zatem powiedzieć, że fanem Yes zostałem przez pomyłkę :-) .
Często przy mówieniu o muzyce ludzie opowiadają, jakie odczucia wiążą się z jakimś utworem, płytą. W moim przypadku postaram się ograniczyć takie wypowiedzi - przecież to co każdy z nas przeżywa nie tylko nie może być właściwie oddane w formie pisemnej (no, chyba że ktoś jest poetą...), a już na pewno inni nie mogą tego właściwie odebrać. Dlatego niech nie dziwi Was, że opisy są często dosyć suche, a krytyki jest więcej niż pochwał. Jeśli coś jest źle, to łatwiej jest to opisać i sklasyfikować. Jeżeli zaś coś się podoba, to oczywiście doskonale o tym wiemy, ale jak to przekazać?
W marcu 1998 mieliśmy okazję gościć Yes
w naszym kraju. Zdawałoby się, że nie jest to grupa zbyt popularna u nas, ale okazało się zupełnie co innego. Gdy na 3 tygodnie przed koncertem usiłowałem zdobyć bilety do Kongresowej (dużej przecież sali), to po zwiedzeniu wszystkich ważniejszych punktów sprzedaży w Warszawie musiałem zrezygnować z tej imprezy - bilety zostały już wykupione. Na koncercie jednak byłem, dzięki hojności Gazety Wyborczej, która zorganizowała konkurs na parę dni przed... Dlatego dziwię się różnym mądralom, którzy przekonują, że w latach 90 taka muzyka jest domeną niewielkich jedynie grup fanów. Niestety, Yes nigdy nie był lubiany przez media czy krytyków - zawsze był, albo zbyt "sztuczny", "nowoczesny" lub znowu "archaiczny". Ponurą koleją losu zdarzyło się, że wśród zajadłych krytyków znajdują się i "prawdziwi" fani: ludzie, którzy uwielbiają np. lata 70, a nienawidzą lat 80. Moim skromnym zdaniem jest to dowód na to, że chyba nie zrozumieli czym jest naprawdę ten zespół. Oczywiście, ja sam nie jestem bezkrytyczny. Jednak dla każdego okresu działalności grupy mam jakieś wytłumaczenie. Przecież ta różnorodność styli jest ogromną zaletą! Chcemy posłuchać poezji śpiewanej? Proszę bardzo: włączamy "Revealing...". Metal? Nie ma sprawy - "Machine Messiah". Jazz? - "I See You". Rockandroll? - "Give And Take". Karmazynki? - "Heart Of The Sunrise". Jeszcze? Yes nigdy nie zamknął się w kamiennym kręgu tworzenia "jedynie słusznej" muzyki, zawsze zaskakiwał czymś nowym i wierzę, że jeszcze niejeden raz tak zrobi.
Wiadomo, że grupę Yes można śmiało zaliczyć do dinozaurów rocka. W końcu istnieje
już 30 lat, a niektórzy muzycy są w wieku, powiedzmy, przedemerytalnym. Gdy słyszymy o "powrotach" dawnych gwiazd, a obecnie
starszych panów z brzuszkiem to na usta ciśnie się zwykle pytanie: po co?
Niestety w 90% odpowiedź jest jedna. W latach 70 George Harrison
powiedział, że The Beatles mogą się zejść na nowo tylko wtedy, gdy będą
całkowicie spłukani - co wreszcie nastąpiło w latach dziewięćdziesiątych. Jak to wygląda
w przypadku Yes? Nie można wykluczyć sytuacji, że panowie chcą jeszcze
trochę zarobić. Jednak oglądając ich wyczyny na marcowych koncertach jakoś
nie chciało się wierzyć w takie tłumaczenie. Oni po prostu ;-) kochają
to co robią i nawet jeśli sami siebie mogą nie lubić za bardzo, to na scenie
dają z siebie wszystko. Poza tym niech ktoś spróbuje zapytać Jona o pieniądze...
Wokalista Yes, żyjąc wśród aniołów, Indian, elfów oraz innych istot tworzonych
najczęściej przez jego bujną wyobraźnię nawet pewnie nie wie co to jest :-)