Oto fragment wypowiedzi znanego kierowcy rajdowego, Krzysztofa Hołowczyca, zaczerpnięty z tylkorockowej rubryki "Przesłuchanie". Notował Wiesław Królikowski.
Pink Floyd odkryłem dzięki mojemu koledze ze szkoły, Andrzejowi. Ale w ogóle
to były czasy spotkań, prywatek i ciągle gdzieś ta muzyczka grała. Wtedy
także dlatego dużo muzyki słuchałem, bo była radiowa Trójka, z audycjami
pana Kaczkowskiego, który puszczał całe płyty, często zapierające dech... W
moich szkolnych czasach lubiłem też ogromnie Yesów. Za co najbardziej? Znowu
nie wiem, jak to wyrazić... Przyznam się, że gdy byłem na ich koncercie w
Warszawie, to miałem łzy w oczach. Siedziałem za blisko, tuż przy samych
kolumnach, więc trochę mnie ich muzyka tłukła po piersi, ale to naprawdę był
szczyt artyzmu. Wznieśli się tego wieczoru tak wysoko, jak w swoich
najlepszych momentach. Niesamowite, że można tak śpiewać, wydobywać z siebie
takie głosy!
Moja ulubiona płyta Yes? Close To The Edge. Było tak, że po tym jak
pokochałem - zresztą prawie od razu - Pink Floyd, obudziła się we mnie pewna
przekora: jak to, będę tylko słuchał tego, co mi mój kolega polecił?
Szukałem. I odkryłem właśnie Yesów - to miał być mój odpór. I któregoś dnia
przyszedłem do kolegi z ich nagraniami, powiedziałem mu: posłuchaj tego!
Pamiętam, że zrobiło to na nim wrażenie, powiedział: wiesz Hołek,
zaimponowałeś mi swoją muzyką!.