From: Witold Czuszynski <wcz@FREE.MED.PL> 2000-09-16 00:43
Łukasz Grzegorzek napisał:
> zgadzam sie w 100%.
> w yesach zawsze fascynowlo mnie to ze potrafia
stworzyc
> kolektyw z tak roznych indywidualnosci muzycznych, ze w zasadzie nie
ma u
> nich czolowej postaci.
No wlasnie, niedawno tez o tym pisalem. Dla mnie gdy gra YES (klasyczny)
slysze piec doskonalych zespolow jednoczesnie grajacych jedna
"symfonie". Jakkolwiek kocham sluchac kazdego z muzykow solo, to cala
prawdziwa Magia powstaje dopiero w YES.
Nawet solowe dokonania Howe'a (ktory jest moim gitarowym Mistrzem)
ustepuja dla mnie temu, czego dokonal razem z YES. Gitara Steve'a w YES
dla mnie brzmi niemal jak ludzki glos (ten jego slynny Gibson Les Paul).
Jestem oczarowany bogactwem barw przeroznych gitar jakich uzywa z
wrodzonym mistrzostwem i niebywalym uczuciem. Kocham go za wielka
wszchstronnosc, ze z rowna swoboda potrafi zagrac najtrudniejsze
klasyczne utwory jak i wziac do reki prawdziwie rockowe "wioslo" i
przyczadzic az dym leci. Do tego dochodzi oczywiscie ogromny dar
tworzenia wielkiej muzyki.
Teraz Jon. Najpiekniejszy glos ludzki jaki kiedykolwiek slyszalem.
Przedziwny wybryk natury. Glos bardzo wysoki a jednak meski. Barwa tego
glosu niezwykla, aksamitna, anielska. Zawsze gdy slysze Andersona
niemalze ciarki przechodza mi po plecach. Juz od samej barwy jego glosu!
A co dopiero powiedziec gdy spiewa on bajecznie piekne melodie. Toz to
juz sila "podwojnego wodospadu"! Kocham jego zabawe brzmieniami slow i
wcale mi nie przeszkadza ze niewiele z tego mozna zrozumiec. Dla mnie
jest to jeszcze jeden instrument. Uwielbiam jego wokalizy, te rozne
wstawki typu: teira koteira, tariruru ra ra ra, itp. I tak jak u
Steve'a - niebywaly potencjal tworczy dopelnia obraz wielkiego muzyka.
Chris. Strasznie oryginalny basista. Jeden z niewielu grajacy na
basie... kostka. Chyba za to krytykowany przez innych basistow, jednak
dla mnie jest wlasnie z tego powodu trzecim najbardziej
charakterystycznym elementem brzmienia zespolu (po wokalu i gitarze).
Charakterystyczne metaliczne brzmienie jego Rickenbakera jest wyjatkowe
(chociaz nie zawsze gra w ten sposob). Chris nie gra typowo basowych
partii. Jego gra nieco przypomina partie gitary solowej i zazwyczaj
okresla charakter utworu, czesto nadajac mu "kopa". Gdy slysze takie
utwory dostaje dreszczy i gesiej skorki. Zupelnie odjezdzam gdy gra taki
nieco kontrapunktowy, urywany podklad. Na przyklad na poczatku
Homeworld, w calym Footprints a nawet (tak!) na poczatku Open Your Eyes
(kurcze - lubie te piosenke). Do tego dochodzi jego glos w chorkach. Ja
wprost oblednie szaleje za tymi back choirs w wykonaniu Chrisa i Steve'a
gdy spiewaja w tle Andersonowi albo razem znim! Dla mnie to brzmi jak
osobny instrument i tego mi bardzo brakuje w Ladder. Czego mi jeszcze
brakuje? To oczywiste. Jakkolwiek uwazam plyte ABWH za niemalze
doskonala, to straaaaasznie mi tam brakuje Chrisa! Jego basu i wokalu!
Wakeman. Qrka wodna. Nigdy nie myslalem ze bede musial faceta bronic
przed Yesomaniakami! Pomijajac wszystkie perypetie zwiazane z jego
talentem do wcielania sie w role "Znikajacego Punktu", jest dla mnie
klawiszowcem idealnym muzycznie dla YES. To co jedni nazywaja maniera,
dla mnie jest stylem i taki mi odpowiada. Co do jego techniki to chyba
nie ma o czym dyskutowac. Podobnie jak pisalem o Stevie, najlepsze
rzeczy zrobil w YES. Kocham te jego syntezatory, te moogi i melotrony.
Moze to teraz jest staroswieckie, ale ja lubie takie brzmienie, to jego
wzzzzz. Czy wczuliscie sie kiedys naprawde jak przecudownie podklada
Steve'owi we wstepie do That That Is? Posluchajcie tego i skupcie sie na
Wakemanie. To jest czysta poezja.
Bruford. To bylo dawno. Ale pisze o nim, poniewaz dla mnie jest
elementem tej prawdziwej magii. Na ABWH juz tego czaru z jego strony nie
bylo. W tamtych dawnych czasach jego gra byla jeszcze jednym
charakterystycznym elementem zespolu ktory sam w sobie juz elektryzowal.
Do dzisiaj gdy slucham zwlaszcza Fragile, ale takze CTTE i TYA mam
wielki podziw dla gry Bruforda, w jaki sposob on prowadzi sekcje
rytmiczna, jak dynamizuje muzyke. Jego wejscia sa zaskakujace i pelne
niespodzianek zarowno ze wzgledu na podzialy rytmiczne jak i na szybkosc
i sposob uderzania instrumentow. Dzisiaj jest White. Mniej wirtuozerski,
jednak lubie go za potezne brzmienie jego bebnow swietnie pasujacych do
monumentalnej muzyki YES.
I te wszystkie wspanialosci sa w jednym zespole! To jest wulkan i
klejnot jednoczesnie. To dlatego mam hopla na ich punkcie i jakos od
ponad 20 lat nie chca mi sie znudzic podczas gdy wielu innych tak.
Sluchanie tej muzyki porusza jakies struny wewnatrz ktorych inaczej
poruszyc sie nie da, a ktorych drganie jest niemalze rozkosza. Troche
brzmi to balwochwalczo, ale tak nie jest. Yes najwyzsza wartoscia w moim
zyciu nie jest, jednak ich muzyka jest mi potrzebna.
Ale sie rozpisalem... wcale nie chcialem. Czy ktos tu jeszcze jest? :-)
Pozdrawiam cieplo i yesowato
Witek.
PS: Nasze Dydki prowadza 17:3!!!