Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > HYDEPARK

Polska prasa o Yes

Robert Leszczyński
Gazeta Wyborcza - 26 III 1998


Po Deep Purple, Black Sabbath, Jethro Tull, Genesis i ostatnio połówce Led Zeppelin do Polski przyjedzie kolejna rockowa legenda lat 70. - brytyjski kwintet Yes

Wystąpią dziś w Warszawie, jutro w Katowicach, a w niedzielę w Poznaniu. Koncerty spotkają się z ogromnym zainteresowaniem polskiej publiczności, która czeka na nie ćwierć wieku. Czasy, kiedy Yes należał do artystycznej czołówki rocka, mamy dawno za sobą. Poczynania zespołu interesują już dzisiaj tylko zagorzałych fanów, którzy znają grupę z okresu jej świetności, czyli z początku lat 70. Nagranymi wówczas albumami zespół zdobył trwałe miejsce w historii rocka, znacznie poszerzając jego ramy o monumentalne rozwiązania brzmieniowe, barokowy przepych aranżacyjny, wirtuozerię i rozbudowane suitowe kompozycje. Później wyśmiewano wielokrotnie ich rozdęcie formalne, chore ambicje, zdradę ideałów spontaniczności i komunikatywności rocka na rzecz muzycznej premedytacji.


(Zanim, drogi Czytelniku wyrzucisz monitor przez okno, przeczytaj notkę na dole strony - przyp. rd)


Podobne plagi spadły też na inne zespoły lat 70. Pozycja Yes wydaje się dziś jednak o wiele słabsza niż innych szacownych dinozaurów, bo też żaden z nich nie wystawiał cierpliwości fanów na tak ciężkie próby. Pozamuzyczne, ambicjonalne tarcia silnych osobowości doprowadzały do nie kończących się animozji w zespole, do korowodu odejść i powrotów, rozpadów i reaktywacji. Wojny i wzajemne oskarżenia nie sprzyjały tworzeniu. Całe serie zaskakująco słabych albumów załamały najwierniejszych zwolenników zespołu.

Najsilniejszym ciosem we własną legendę był album "90125" i przebój "Owner Of A Lonely Heart" z 1983 roku. Bardzo udane z perspektywy muzyki pop okazały się nie do zaakceptowania dla fanów, dla których pojawienie się natchnionego niegdyś Yes na szczytach tanecznych list przebojów było jawną zdradą. Ten epizod można też traktować jako rozpaczliwą i udaną próbę ucieczki od roli dinozaura. Zespołowi nie udało się jednak tej popularności utrzymać.

Nieoczekiwana reaktywacja Yes w 1996 roku w najsilniejszym składzie, czyli Anderson, Wakeman, Howe, Squire, White, najwyraźniej miała na celu nadrobienie tych straconych lat i przeproszenie się z fanami. Albumy "Keys Of Ascension" były pomostem łączącym okres świetności zespołu z dniem dzisiejszym ponad tymi wszystkimi złymi latami.

Podobnie wydany w Polsce kilka tygodni temu najnowszy, w pełni premierowy album "Open Your Eyes" pokazuje taki Yes, jaki pamiętamy z dawnych lat. Nie ma tu co prawda monumentalnych suit, są za to szerokie brzmienia klawiszy, wirtuozowskie partie gitary, barokowe aranżacje, zaskakujące podziały i zmiany tempa, nade wszystko jednak charakterystyczny falset Andersona. Muzycy tej klasy, jeśli nikt im nie przeszkadza, a co ważniejsze, jeśli sami sobie nawzajem nie przeszkadzają, nie nagrywają słabych albumów.

Album jest tradycyjny do tego stopnia, że nie obyło się bez tradycyjnej awantury w zespole. Tuż przed nagraniami odszedł klawiszowiec Rick Wakeman, którego zastąpił młodszy o dwie dekady producent albumu Billy Sherwood. Czyli że w Yes wszystko po staremu.

Album "Open Your Eyes" pokazuje dobrą formę wykonawczą i znakomicie rokuje na koncerty w Polsce. Choćby jednak nie wiem jak dobry był ten album, publiczność będzie wolała nagrania z początku lat 70., które muzykom pewnie dawno wyszły już bokiem, ale taka już jest niestety ciężka dola dinozaura.




Uwaga: artykuł powyższy publikuję wyłącznie w celach informacyjnych. Nie muszę chyba wyjaśniać, że nie zgadzam się z jego treścią...




Na Yesomanii od 20 sierpnia 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd