Prawdziwy Yes to grająca razem trójka frontmanów: Howe, Anderson i Squire, ale nie wolno zapomnieć, że duży wpływ na styl Yes miał również Rick Wakeman. Okres wspólnej pracy Steve'a, Jona i Chrisa wyznacza najlepsze dla zespołu lata: od The Yes Album (1971) po Tormato (1978). I tylko o tych czasach, moim zdaniem, warto pamiętać.
Na próbach muzycy przedstawiali kolegom swoje pomysły zazwyczaj w formie piosenek śpiewanych z gitarą i właśnie z takich drobnych utworów potrafili później zrobić prawdziwe arcydzieła. Przy tego typu wspólnym muzykowaniu naturalną rzeczą było, że każdy z artystów miał możliwość ingerencji w dowolny moment utworu. Fenomenem Yes, okazała się zatem
totalna improwizacja...
ale w fazie komponowania dzieła. Wszystkie linie melodyczne, podkłady harmoniczne i rytmiczne, które wtedy wymyślano, dawały w studiu - jak i później na koncertach - nieprawdopodobny efekt. Wydawało się, że każdy z muzyków gra swoje, a jednak wszystkie plany brzmieniowe układały się na zasadach kontrapunktu w piekielnie logiczną całość.
Yes stworzył prawdziwie artystyczną muzykę rockową. To nic, że w zestawianiu akordów zwykle nie wychodził poza przełom XIX i XX wieku. Ich twórczość różni się przecież od dokonań Mahlera lub Skriabina, choćby ze względu na dominujący w rocku, wszechwładny rytm. A i z powodu zastosowania elektronicznego instrumentarium, którego dawniejsi kompozytorzy po prostu nie mogli mieć. To, że Anderson i koledzy wykorzystali środki twórcze minionych stuleci, w połączeniu z rockową ekspresją i ich grupowym sposobem komponowania, stworzyło prawdziwie unikalny styl. Pomijając najkrótsze utwory i wydłużone piosenki, Yes najczęściej sięgał po formę ewolucyjno-wariacyjną, w której jeden temat przedstawiany był na różne sposoby. Tak było w Yours Is No Disgrace, Heart Of The Sunrise, And You And l, a później - w Tum Of The Century i On The Silent Wings Of Freedom. W Close To The Edge i w pierwszej części
The Gates Of Delirium
zespół wykorzystał formę sonatową, co było już nie lada wyczynem. Z dwudziestowiecznych tradycji grupa zaczerpnęła formę łukową (Awaken), gdzie tematy w drugiej części utworu występują w odwrotnej kolejności niż na początku. Te wszystkie pomysły miały wyróżnić Yes z tysięcy wykonawców i może przede wszystkim podnieść muzykę rockową do rangi sztuki. Ten zamiar powiódł się w pełni. Gdyby zapytano mnie dziś o najwybitniejsze dzieła wszechczasów, to choć na pierwszym miejscu wymieniłbym V Symfonię Beethovena, w pierwszej dziesiątce, znalazłoby się miejsce dla Tales From Topographic Oceans.
Tales są dla mnie szczytem możliwości twórczych Yes. To dzieło przypomina mi romantyczny poemat symfoniczny. W żadnym innym dziele Yes nie ma tylu wzniosłych momentów, tylu różnych barw brzmienia, tylu chwytających za serce melodii. Dlaczego więc Opowieści kończą się przypomnieniem podstawowych tematów w nastroju minorowym? Czyżby muzycy już wtedy przypuszczali, że wraz z ostatnimi dźwiękami Tales, kończy się także ich najwspanialsza przygoda?