Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > FAKTY > WYWIADY

Wywiad z Igorem Koroszewem

Nie, nie, to nie ja ten wywiad przeprowadzałem... Jest to moje tłumaczenie rozmowy, której zapis ukazał się w Notes From The Edge nr. 193 z 5 stycznia 1998. Sam wywiad przeprowadzony został 13 grudnia 1997. Igora Koroszewa (oznaczonego przez IK) przepytywał Mike Tiano (MT). On też właśnie posiada wszystkie prawa do niego, zaś moje tłumaczenie nie jest autoryzowane, choć powiadomiłem Mike'a o tym i nie było sprzeciwu.

Igor Koroszew jest najmniej znanym członkiem Yes, tak więc uznałem, że warto przybliżyć jego sylwetkę. Tłumaczenie może sprawiać nieco toporne wrażenie, ale tak też mówił Koroszew, który używa ciągle tych samych słów, widać, że nie jest native-speakerem. W wersji polskiej trochę złagodziłem tą "prostotę" wypowiedzi, ale nie mogłem jej całkowicie usunąć - byłoby to przekłamanie.

W pierwszej części Igor opowiada o swoim pobycie w USA, o swym wykształceniu muzycznym, o tym jak poznawał Yes oraz jak został przyjęty do zespołu.

MOT: Zacznijmy od twoich początków, krótkiego przypomnienia, gdzie się urodziłeś, gdzie dorastałeś i jak się znalazłeś w Ameryce.

IK: Urodziłem się w Moskwie, dorastałem w Moskwie. Mawiam sobie, że dostałem się do Ameryki aby kupić parę dżinsów i to wszystko. Wszyscy moi znajomi jeździli po świecie i stwierdziłem, że jest to także czas dla mnie aby pojechać tam na tydzień czy dwa.

MOT: Ile lat miałeś wtedy?

IK: Gdy zdecydowałem się przybyć do Stanów? Miałem 26 lat, gdy znalazłem się w USA i rozglądałem się tutaj. Nie znałem wtedy angielskiego - i jak myślę nie znam do tej pory. Tak więc rozejrzałem się i polubiłem to miejsce, powiedziałem sobie, że chciałbym tutaj zostać, to może być mój nowy dom. I zostałem tutaj, w Nowym Jorku zmywając naczynia, ucząc się angielskiego, następnie przeprowadziłem się na Rhode Island i pracowałem tam jako organista, w kościele. Wtedy kupiłem swoje pierwsze klawisze, dałem swój pierwszy koncert z jakimś zespołem, a potem przeniosłem się do Bostonu.

MOT: Czy uczyłeś się gry na pianinie w młodym wieku?

IK: Od kiedy skończyłem pięć lat. Zaliczyłem trzy szkoły a moja specjalność to orkiestracja i kompozycja, oraz dyrygowanie orkiestrą. Fortepian czy klawisze są dla mnie nieco mniej ważne. Ale każdy przechodzi przez taką edukację, jak przez naukę czytania, po prostu. Miałem tak jakby klasyczne wykształcenie, w takim przynajmniej sensie.

MOT: Zatem wykonywałeś jakąś podrzędną robotę i wtedy kupiłeś sobie keyboarda?

IK: Zdobyłem swoje pierwsze klawisze i były one świetne, naprawdę mnie kopnęły. Było też parę zespołów, nawet nie pamiętam ich nazw. O dziwo oni wszyscy wydzwaniają do mnie do domu, teraz już wiem dlaczego dzwonią, to łatwe do wyjaśnienia i całkowicie żałosne. Ale i tak moja kariera pomywacza była skończona, miałem swoje klawisze i mogłem grać, zarabiać trochę, grając każdej nocy. Wtedy przybyłem do Bostonu, miałem nagrania z Charlie Farrenem; piękne, piękne, jeden z najmniej utalentowanych ludzi jakich spotkałem.

[Tu Igor opowiada o muzykach, z którymi współpracował, wyciąłem ten fragment, nie ma on specjalnego znaczenia]


MOT: Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś Yes i jaka była twoja reakcja?

IK: Reakcja była taka, że chciałem rzucić muzykę i nigdy więcej nic nie grać. Pierwszy raz usłyszałem ich mając 15 lat, a to było w 79, 80...

MOT: W Rosji? Jak zdobywałeś płyty?

IK: Jeden z moich kolegów zapoznawał mnie z całą serią zespołów, jednym z nich był Yes, byłem także zafascynowany King Crimson i Genesis. Pokochałem Tony'ego Banksa, lecz wreszcie posłuchałem "Relayer" i to było to.

MOT: Czy to był twój pierwszy album Yes?

IK: Tak, to był pierwszy, właśnie "Relayer", powiedziałem wtedy sobie, że Patrick Moraz daje kopa. Od wtedy kocham go i całkowicie podziwiam. Nie sądzę, czy jest jakikolwiek lepszy keybordzista - choć to moja własna opinia - najlepszy jaki kiedykolwiek grał z Yes. Grający bardzo mądrze, nie tylko te wszystkie latające arpeggia, z góry na dół, aby powalić publikę. Naprawdę wielką rzecz zagrał na "Relayer".

MOT: Tak więc byłeś przygnieciony przez tą muzykę. Faktycznie, nie mogłeś dostać niczego lepszego niż to.

IK: Stwierdziłem wtedy także, że lepiej będzie skończyć z graniem, gdyż jest już dla mnie za późno, jestem za stary... za młody by to robić, za stary by to zrozumieć, to dla mnie za dużo, muszę skończyć. Ale ciągle chodziłem do szkoły i właśnie wtedy na poważnie zaczynałem klasyczną edukację. Uczyłem się właśnie tego [klasyki], gdyż po prostu uznałem, że muzyka rockowa nie jest dla mnie, ci ludzie są ponad wszystkim, nie sposób się nawet do nich zbliżyć. Właśnie dlatego płyta nazywała się Relayer.

MOT: Czy słyszałeś jakieś inne albumy Yes w Rosji?

IK: O tak, zdobyłem tam wszystkie ich albumy. Czarny rynek, idziesz i kupujesz te LP-ki za niesamowite ilości pieniędzy, porównywalne z... nie wiem, po prostu bardzo dużo forsy, że trzeba samemu na tym czarnym rynku handlować, żeby sobie na to pozwolić. Musiałem odkładać wszystkie pieniądze aby tam pójść i kupić "Fragile", "Close To The Edge", kupić wszystkie płyty Genesis, King Crimson, Gentle Giant - moich ulubionych zespołów, podobnie Jethro Tull. Już nie wiem, było sporo tych albumów, które miałem, ale... Van der Graff Generator, niesamowita kapela, nikt nie zwraca już na nią uwagi, ale myślę, że ten zespół miał wpływ na wszystkich.

MOT: Kiedy usłyszałeś Ricka Wakemana, co wtedy pomyślałeś?

IK: Mozart. To wtedy pomyślałem. Bardzo Mozartowskie. Właściwie to doceniałem przez całe życie bardziej Tony'ego Kaye. Bo Kaye to facet z jajami i on tak gra na organach, ja też gram na organach. Kocham organy i muzyków, którzy na nich grają. Wychowywałem się na grze Johna Lorda z Deep Purple, więc dla mnie organy były językiem, który rozumiałem, próbowałem go kopiować, czegoś się nauczyć, a następną rzeczą po Lordzie był ten gość, Kaye. On wie jak leciutko naciskać te klawisze, wie od czego organy są. Rick Wakeman jest o wiele bardziej technicznie zaawansowany od Kaye'a i jest on w większym stopniu pianistą, syntezatorowym typem pianisty, bardziej melodyjnym. Jego instrumenty nie wrzeszczą, są bardziej melodyjne, no i rozwinięte. A Tony to tylko taki organowy grajek, nie?

MOT: Powinieneś słyszeć nowe wydawnictwo, które wyszło pod nazwą "Something Coming" i są to nagrania z sesji Yes w BBC w oryginalnym składzie, z Tonym...

IK: Tak to bardzo interesujące, jak historia tego zespołu powoduje, że wszyscy jego członkowie są po prostu wielcy. Każdy z nich, w pewnym sensie jest wielki.

MOT: Jakie są twoje ulubione piosenki Yes, których słuchasz?

IK: Powiem ci, jakich płyt nie lubię, może tak. Nie odbieram tego przez pryzmat piosenek, a przez albumy. Lubię wszystkie płyty Yes, włączając "Dramę" i nigdy nie zmieniłem tego zdania. Kocham "Dramę" podobnie jak całą resztę Yes, myślę, że jest to wielkie nagranie. Jedyny album, którego nie lubię to "Talk", ale kupiłem to sobie, gdyż jestem wiecznym fanem Yes i kupuję wszystkie płyty Yes jakie tylko wyjdą. Jestem jednym z tych 70000 ludzi, którzy idą do sklepu i kupują płytę, nie ma to znaczenia czy jest dobra czy zła, ale słucha się tego i odnajduje od razu siebie. O Jezu, nie wiem, było mnóstwo rzeczy, ale nie brzmią one jak Yes i nie lubię ich tak bardzo.

MOT: Porozmawiajmy o tym, jak nawiązałeś kontakt z Yes. Plotka głosi, że spotkałeś Jona na lotnisku...

IK: Nie, to kłamstwo. Ponoć próbowałem go spotkać na lotnisku, próbowałem z nim pogadać, ale to wszystko nieprawda.

MOT: Co zatem się stało?

IK: Co się stało, on robił coś z firmą komputerową, dla której ja robiłem podkład muzyczny. Mieliśmy kilku wspólnych znajomych, kilku ludzi, z którymi byłem blisko związany. Miałem takie szczęście, że ich znałem...oczywiście nie wszyscy których spotkam są świetni, inaczej byłbym dupkiem...ale wiele osób, którye spotykam są bardzo, bardzo fajne i tak jeden z moich przyjaciół, Carl Jacobson robił coś z Jonem Andersonem przy użyciu Cakewalka [program muzyczny], gdyż Jon używał tego do nagrywania czegoś. Carl był moim wielkim przyjacielem i miał zawsze trochę moich taśm, jak tylko wydałem kasetę, dawałem mu ją i mówiłem, posłuchaj tego, posłuchaj tamtego i był on wielkim moim fanem. Nie wspominam o tym, że gość jest swietnym komputerowcem i nadzwyczajnym muzykiem, kiedyś świat o nim usłyszy.

Tak więc miał on kilka moich kaset przez cały czas i pewnego razu przyszło mu do głowy, że powiedział do Jona, że ten powinien posłuchać co ten Rusek robi. Znasz Jona, powiedział, spoko, wyślij to do mnie, więc Carl mu to dał, lecz Jon się nie odzywał do mnie. Dopiero po trzech miesiącach odebrałem telefon, właściwie rozpoznałem głos, ale nie wiedziałem kto to był, a był to Jon. Powiedział, że wysłuchał wreszcie kasety, pogadaliśmy przez chwilę i po paru miesiącach, gdy Rick nie chciał jechać na trasę koncertową, on spytał mnie czy byłbym zainteresowany w zrobieniu tego.

MOT: Czy powiedziałeś mu, że to przemyślisz? [śmiech]

IK: Nie, nie. Byłem tym tak przygnieciony i tak podekscytowany, że nawet nie wiedziałem jak to odebrać.

MOT: Pewnie poprosił cię, żebyś przyszedł na przesłuchanie do zespołu, tak?

IK: Tak, dali mi tydzień na nauczenie się tych wszystkich utworów, które gramy teraz na koncertach i musiałem sobie wszystko wypisać, wszystkie solówki, nuta po nucie. Musiałem dzwonić i próbować zdobyć trochę więcej sprzętu, ponieważ to co miałem nie wystarczało na zrobienie dobrego występu. Ale gdy zapytał mnie czy *mogę * to zrobić, oszukałem go, że mogę.

MOT: Czyli musiałeś przyjść z twoim własnym wyposażeniem, a oni nie zapewnili go tobie?

IK: Na samym początku musiałem kupić trochę keyboardów, gdyż miałem tylko trzy i to było za mało. Kupiłem, to były syntezatory, łatwe do zaprogramowania, tak że skopiowałem tam wszystkie brzmienia z płyt, gdzie były używane Moogi. Skontaktowałem się z firmą Nord Land, oni tam wszystko rozumieli, mówili, żebym nie martwił się o pieniądze, gdy będę miał to zwrócę. Potem używałem także Yamahy, ale to już było później. Teraz na koncertach Yamaha jest zawsze trochę z boku, bo moja nauka gry Yes była bez użycia tego. Tak więc dali mi tydzień...

MOT: Czy grałeś to już kiedyś?

IK: Nie, szczerze mówiąc.

MOT: Nawet wtedy, gdy wariowałeś na tym punkcie...?

IK: Nie, trzymałem to oddzielone od wszystkiego, nie chciałem analizować Yes, chciałem tego słuchać. Znałem muzykę, znałem nuty, ale nigdy nawet nie próbowałem zmierzyć się z tym. A wtedy, gdy zacząłem to grać, zniszczyłem trochę ten duchowy kontakt, jaki miałem z tą muzyką, bo gdy się tego nauczysz, zmienia się twój punkt widzenia, magia w pewnym sensie znika. Ale to jest poświęcenie, które trzeba zrobić. Nigdy nie widziałem ich na żywo, to też mnie pieprznęło, zawsze chciałem obejrzeć Yes live i nigdy tego nie zrobiłem.

MOT: Czy miałeś okazje by zobaczyć ich na scenie?

IK: Tak, a te dupki odwołały trasę. Prawie kupiłem bilet do Great Woods by ich zobaczyć [na trasie Union], ale oni to odwołali.

MOT: Jak to było, gdy pierwszy raz znalazłeś się w jednym pokoju ze wszystkimi?

IK: Nie było wszystkich, był Jon i Steve. Byłem przerażony.

MOT: Mogę sobie wyobrazić.

IK: Pracować z tymi...bogami, idolami. Myślę, że dla mnie pozostaną zawsze idolami.

MOT: Odrobinę się ich bałeś?

IK: Trzeba trochę ich poznać, pogadać z nimi i stają się normalnymi ludźmi, ale to jest bardzo ciężkie by to sobie uświadomić, gdy wiesz kim oni są i co dla ciebie znaczą...

MOT: Podobnie jak wpływają.

IK: Dokładnie. Tak więc spotkanie tych ludzi było porażające, było ekscytujące i wtedy zrobiłem to co miałem zrobić i zagrałem "Revealing Science of God". Był to pierwszy raz, że coś takiego grałem...

MOT: Musiałeś się nauczyć "Revealing Science of God" na to przesłuchanie? Czad.

IK: Spoko, i miałem ze sobą tylko jeden keyboard i Jon śmiał się z tego, mówił, "Rick potrzebował siedmiu by to zagrać, a ty przyniosłeś tylko jeden". Zatrzymał mnie w trakcie i powiedział, że to wystarczy, a ja pomyślałem, że kurcze, chyba nie dostanę tej roboty. Ta gra nie wyszła mi za dobrze, szczerze mówiąc i nie byłem zadowolony z tego co zrobiłem.

MOT: Czy byłeś zdenerwowany? Musiałeś być, każdy by był.

IK: Może Patrick by nie był, ktoś jak Rick Wakeman by nie był. Ale ja byłem zdenerwowany i zrobiłem tylko to na co było mnie stać. Ale to im wystarczało by powiedzieć, hej, posłuchaj, zagrasz to jeszcze raz, wróć za parę tygodni i zaczniemy próby. Pomyślałem sobie, że to jest ich sposób na wysłanie mnie do domu, nie czułem się z tym źle. Ale po dwóch tygodniach zadzwonili, zabrali mnie do Los Angeles, gdzie zagrałem już cały set i od tego czasu mam ogromną przyjemność być razem z nimi.






Na Yesomanii od 3 kwietnia 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd