Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > FAKTY > HISTORIA

14 x TAK !!!

Jan Skaradziński
Magazyn Razem, ok 1986


Drogi i rozdroża rocka symfonicznego doskonale pokazuje kariera grupy YES. Ale to nie YES byli prekursorami. Oni do tej muzyki dojrzewali, ich koncepcje rodziły się w biegu.


Rock symfoniczny, a może lepiej będzie brzmiało rock artystyczny, to muzyka niebezpieczna - z jednej strony łatwo popaść w klasyczne nudziarstwo, z drugiej - maskuje możliwość popadnięcia w wyraźnie wyżłobione koleiny przez wielkich.

Muzyka ta, jak mało która, automatycznie kojarzy się z dość zawężonym kręgiem zespołów, które przebiły wszystko i wszystkich, osiągając artystyczny poziom dla innych niedostępny. I choć fałszywe wyda się wymienianie jednym tchem tuż obok siebie, takich nazw jak YES, KING CRIMSON, GENESIS, THE NICE, ELP, COLOSSEUM, THE MOODY BLUES, PROCOL HARUM, REFUGEE, PINK FLOYD I FOCUS (bo na dobrą sprawę każda z tych orkiestr grała c o   i n n e g o) to nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że tym właśnie grupom należy przypisać wszelkie plusy i minusy art rocka. No, bo cóż było potem? UNITED KINGDOM, MARILLION - toć teraz już chyba wszyscy.


Dwie pierwsze, dziś już właściwie zapomniane płyty YES, lokują się dość daleko od tego, czego stała się niejako synonimem. Założona w Birmingham w 1968 roku przez Jona Andersona (voc.) i Chrisa Squire'a (bg, voc.), balansowała między biegunami, które wyznaczała pianistyka Keitha Emersona z THE NICE i swoisty pop-rock - soul. Liderzy, wsparci przez Billa Bruforda (dr), Petera Banksa (g) i Tony Kaye'a (kybds), nie bardzo mogli sobie poradzić zarówno z odpowiednią dla nich formą wypowiedzi, jak i samym materiałem wystarczającej jakości. Może stąd wzięła się współpraca autorsko-kompozytorska Davida Fostera, może stąd spopularyzowane przez THE BEATLES "Every Little Thing" na płycie pierwszej. Jednak już jego rozbudowane opracowanie, a także wynajęcie do nagrania płyty drugiej orkiestry smyczkowej (co spowodowało znaczne wzbogacenie brzmienia) wskazywały, że dotychczasowa sytuacja przestawała YES wystarczać. I choć utwory "Yesterday And Today", "I See You" (interesujące, "jazzujące" partie gitary Petera Banksa), "Then" czy "Time And A Word" i dziś mogą się podobać, to znaczące karty w swej historii grupa zaczęła dopisywać dopiero wraz z pojawieniem się w jej składzie byłego członka formacji TOMORROW - śpiewającego gitarzysty Steve'a Howe'a. Banks zasila BLODWYN PIG.

Mówi Chris Squire: - Do tego czasu mieliśmy mnóstwo pomysłów - zwłaszcza Jon i ja - ale potrzebowaliśmy kogoś takiego jak Steve, kto uzmysłowiłby nam, czym zajmowaliśmy się dotychczas (...). Dwa pierwsze albumy pochodzą z okresu naszej krystalizacji, zanim zespół zaczął tworzyć coś znaczącego. Ale nie dyskwalifikuję ich, nawet jeśli samo słuchanie nie sprawia mi przyjemności.

Steve Howe "dał kopa" nowej muzyce YES. Może zresztą nie tyle nowej, co nieco innej. "The Yes Album", pierwsza nagrana z nim płyta, jest wartą uwagi kroniką ówczesnych trosk i radości. Po raz pierwszy wypełnił ją repertuar w całości stworzony przez członków orkiestry, co od tej pory stanie się tradycją łamaną tylko sporadycznie. Zespół sprawiał na tym longplayu wrażenie osobnika, który chciałby... a nie starcza mu sił. Chciałby - bo cztery dość długie kompozycje stanowią o albumie (wybija się spośród nich "Yours Is No Disgrace"); nie starcza sił - bo rozbudowana forma nasycona została treścią o zdecydowanie rytmicznej proweniencji. Wydaje się także, że muzykom - obok sił - nie do końca starczyło również pomysłów ("I've Seen All Good People"). Niemniej jednak YES zapisali swą trzecią płytę po stronie "ma" - rodziła się nie tylko nowa formuła, ale i charakterystyczne brzmienie. Znaleziono także sposób na wykorzystanie "małego", lirycznego, delikatnego i niezwykle charakterystycznego głosu Andersona. Śpiewał on w spokojnych, bardziej nastrojowych miejscach utworów, podczas gdy ekspresyjne popisy instrumentalne pojawiały się "między".


Jednym z ważniejszych momentów w karierze zespołu było dostanie się na amerykańskie listy bestsellerów singlowych kompozycji "Roundabout", pochodzącej już z "Fragile". Sukcesy obu krążków awansowały YES do światowej pierwszej ligi; koncerty klubowe wyparte zostały halowymi. Ale wszystko poprzedziła bodaj najważniejsza zmiana w całej historii grupy. Oto miejsce przeciętnego muzyka Kaye'a zajął człowiek-orkiestra Rick Wakeman, w wianie przynosząc rozbudowane instrumentarium, legendę eks-członka znakomitych THE STRAWBS i klasyczne wykształcenie muzyczne. Wakeman, zawsze sprawiał wrażenie kogoś w rodzaju guest star, ale chyba nigdy nie stopił się z nim w sposób skończony i ostateczny. Na "Fragile" dlatego, że do nagrań przystąpił na krótko przed ich ukończeniem. Później - bo w równej mierze co praca w YES pochłaniały go nagrania solowe.

Płyta "Fragile" pokazała kolejny wyznacznik podejścia YES do muzyki. Obok utworów "zespołowych" (niemal hard rockowe "Roundabout", "Long Distance Runaround:, przyciężkie, przeszło dziesięciominutowe "Heart Of The Sunrise" z dużymi, zbyt dużymi wpływami KING CRIMSON) znalazły się na niej indywidualne próby kompozytorsko-wykonawcze, z których najwyżej wypada ocenić akustyczne "flamenco" Howe'a ("Mood For A Day") oraz studyjne zabiegi z głosem Andersona ("We Have Heaven").

"Close To The Edge", jego następna praca, stała się sensacją na światowym rynku muzycznym. A przecież w 1972 roku świat miał czego słuchać! Ale słuchał także i YES, którzy ofiarowali mu taką muzykę, że i dzisiaj przechodzą przy niej ciarki.

Album otwiera zajmujący całą stronę utwór tytułowy. Dynamiczny początek zdradza umiejętność zaadaptowania zwrotów rock-jazzowych, a linia śpiewu kapitalnie łączy melodykę z dynamiką. Kulminacyjnym momentem jest poprzedzone wielkim przygotowaniem klasycyzujące solo Ricka Wakemana. Zresztą podobna kulminacja ma miejsce w prześlicznym "And You And I", będącym połączeniem rocka symfonicznego z akustyczną balladą. Wreszcie "Siberian Khatru" (Squire - "Khartrue" jest starym azjatyckim słowem oznaczającym coś w rodzaju "jak sobie życzysz". To najlepszy sposób wyjaśnienia znaczenia tego utworu) - schematyczna struktura ani na moment nie stanowi tu ograniczenia formalnego, jest po prostu świadomym zabiegiem kreacyjnym! YES znaleźli receptę na twórcze połączenie motoryczności rocka z pompą muzyki poważnej. Ani razu nie wpadli w koturnowość i granie na czas. Przemyśłany album lśni do dziś niczym perła w koronie, bo splot znakomitych pomysłów z podporządkowaniem się nadrzędnej koncepcji (przy jednoczesnym eksponowaniu silnych punktów własnych) innego efektu dać nie mógł.


Przed grupą stanął teraz dylemat charakterystyczny dla wszystkich twórców, którzy właśnie ukończyli dzieło swego życia. Retrospektywne "Yessongs" wypełniły utwory z trzech krążków poprzednich (uzupełnione któtką kompilacją fragmentów "The Six Wives Of Henry VIII" - sławnej płyty Wakemana). Nie był to przesadny sukces artystyczny, choć np. w nowym blasku pojawił się utwór "The Fish", wreszcie wyposażony w logiczny temat. Ale na "Yessongs" jedynowładczo królował Steve Howe, suchym i głośnym dźwiękiem swej gitary odbierając muzyce sporo głębi i niuansów (wielką krzywdą było zastąpienie gitar akustycznych ich elektrycznymi odpowiednikami), a także pchając ją miejscami w stronę hard rocka. Słuchacz odnosił wrażenie, że muzycy. po wspólnym starcie, nie zawsze spotykali się ze sobą w trakcie i na końcu utworu (np. morderstwo tematu "Yours Is No Disgrace"). Do zespołu dołączył znany ze współpracy z Lennonem i Cockerem perkusista Alan White; tak, że Bruford - który odszedł do KING CRIMSON - słyszalny był tylko w trzech utworach (m.in. w "dodatkowym" solo w "Perpetual Change"). O swej decyzji powiedział w sposób następujący - Wraz z "Close To The Edge" osiągnąłem szczyt i wiedziałem, że to, co przyjdzie później, będzie tej płyty kolejną wersją.

Ale jego obawy okazały się płonne. Anderson od dawna poszukiwał tematu na dzieło wykraczające poza to wszystko, co zespół dotychczas dokonał. Znalazł je - jak "anonimowo" pisze na okładce "Tales From Topographic Oceans" dopiero w Tokio, na kilka chwil przed koncertem. Za inspirację posłużyła "Autobiografia Yogi" Paramhansa Yogandy, zajmująca się aspektami religii i życia społecznego, a także medycyną, muzyką, sztuką i architekturą. Do pracy przyłączył się najpierw współautor słów Steve Howe, potem - pozostali muzycy. Powstał album podejmujący fundamentalne dla ludzkości sprawy objawienia Boga i jego nauki, pamiętania o rozwoju ludzkiej jaźni na przestrzeni wieków, starożytności i rytuale życia. Wolno mniemać, że zostało to napisane - świadomie lub nie - pod wpływem widocznego w tamtych czasach kryzysu wartości i cywilizacji (nawrót do biblistyki, seria dyskusji i publikacji, ukoronowanych tzw. Raportem rzymskim). W warstwie muzycznej "Tales From Topographic Oceans" po raz kolejny dał możność solowych działań wszystkich członków grupy, tym razem w obrębie jednej całości. I tak "Revealing Science Of God (Dance Of The Dawn)" przyniosła niespotykane dotychczas na taką skalę wielogłosowe opracowanie partii wokalnych; "The Remembering (High The Memory)" i "The Ancient (Giants Under The Sun)" - popisy - odpowiednio - Wakemana i Howe'a; "Ritual (Nous Sommes Du Solei)" - sola Squire'a i dotykającego awangardy White'a (który okazał się nieco dynamiczniejszy od swego poprzednika), przedzielające pomysły melodyczne o niespotykanej urodzie. Płyta tylko początkowo wywołała duże zainteresowanie publiczności, ta zrażona niewielką przystępnością zawartej na niej muzyki z wolna odwracała się od YES. Tym bardziej, że "Relayer" - ich następne wydawnictwo - utrzymane było w podobnej konwencji.

Zanim orkiestra zabrała się do jego realizacji, nastąpiła kolejna zmiana w składzie. Ricka Wakemana wymienił Patrick Moraz, znany z doskonałego tria REFUGEE. "Relayer" trudno dziś uznać za dzieło udane. Ciepło i liryzm zastąpiły wydumane, parajazzowe akcenty ("Sound Chaser"), w które starano się wtopić typową dla Andersona melodykę ("To Be Over") z elementami - nawet! - dalekowschodnimi. Jeśli coś broni się z muzyki YES z 1974 roku, to jest tym z pewnością pełna wykonawczego rozmachu suita "The Gates Of Delirium" - prawdziwa bitwa instrumentów z "deserowym" "Soon", istną definicją piękna i chyba najsławniejszym "kawałkiem" zespołu (zwraca uwagę przemyślana aranżacja).

Morazowi nie do końca udało się zastąpić swego poprzednika. Może dlatego grupa chwilowo przestała działać. A może z innych względów. Odgradzająca ją od słuchaczy "wieża z kości słoniowej" kazała przegrupować szyki i po prostu wziąć urlop. Urlop niewolny jednak od nagrań - w roku 1975 wszyscy jej członkowie wydali płyty solowe. Ich klęski ("Fish Out Of Water" Squire'a) lub porażki ("Beginnings" Howe'a) odbiły się głośnym echem. Na dobrą sprawę z tej próby obronną ręką wyszli jedynie Jon Anderson ("Olias Of Sunhillow" - płyta znakomita kompozytorsko i "klimatycznie", gorsza od strony realizacji) i Alan White ("Ramshackled" - perkusista jako bandlider, Anderson w roli gościa w perełce "Spring - Song Of Innocence", efektowna nalepka, na której widać co innego, w zależności od jej odległości od patrzącego).


Powrót Ricka do YES ("To najlepsza decyzja w moim życiu") zwiastował następne wielkie lata orkiestry. Nie wolno jednak zapominać, iż od czasu ich ostatniej wspólnej płyty zmienił się muzyczny krajobraz, a tym samym status zespołu. Muzyka punk z jednej strony i fala disco z drugiej nie mogły pozostać bez wpływu na charakter jego poczynań. Stąd dość silne zrytmizowanie dwóch utworów z wyczekanej płyty "Going For The One" (nagranie tytułowe oraz "Parallels"), stąd balladka "Wonderous Stories" przywołująca na myśl rysunkiem melodycznym "Yesterday And Today". Ale na "Going For The One" było dzieło, jak żadne inne nadające się do nazwania go symfonicznym rockiem. Mowa rzecz prosta o "Awaken", utworze, którym może chlubić się muzyka rockowa.

"Awaken" otwiera fortepianowe intro Wakemana, po czym aż do części medytacyjnej trwa popis Andersona na tle delikatnych wstawek Howe'a, zwieńczony pompatycznymi pasażami Ricka nawiązującego do Bacha. W finale ponownie najważniejsze dźwięki należą do keyboardzisty. Subtelność, liryzm zderzone z organowym zadęciem stanowią o niezniszczalnej sile muzyki brytyjskiej orkiestry. Artyści "ułatwiali" muzykę poważną, nadając rockowi wrtystyczny i podniosły wymiar. Bo jak mało kto wiedzieli, jak operować muzyczną formą!


Ale nie forma, a właśnie treść stanowiła o sukcesie kończącego najlepsze lata grupy albumu o dziwacznym tytule "Tormato". Skrzący się wysmakowanym brzmieniem i takimiż solówkami (najciekawsze grane są oczywiście przez Ricka Wakemana), żywy w warstwie rytmicznej ("Release, Release"), starą treść podający w krótkiej formie ("Future Times"), dbający o nastrój ("Madrigal", "Onward", "Cirkus Of Heaven" z synem Andersona Damionem, w roli wypowiadającego dwie linijki tekstu) - mógł przypaść do gustu każdemu rockfanowi. Jakąż radość tym profesjonalistom w każdym calu i każdym takcie sprawiało wspólne, rozrywkowe muzykowanie! Jednak na szczególne słowa uznania zasłużyły dwa inne utwory. "On The Silent Wings Of Freedom" stanowi popis dua Squire-White, wzorującego się na... MAHAVISHNU ORCHESTRA (!). "Don't Kill The Whale", przetykana solówkami gitary jedna ze szlachetniejszych interpretacji Andersona, to nie wykorzystany materiał na hit światowych rozmiarów.

Rozłam nastąpił w momencie, kiedy wszystko układało się - przynajmniej dla osób postronnych - wspaniale. Pojemna formuła rocka artystycznego wymaga działań artystów wybitnych, ale potrafiących indywidualne zapędy podporządkować grupie. Stąd częste zmiany personalne, stąd częste ścieranie się koncepcji w tak demokratycznej formule, jaką przyjęli YES. Stąd druga już dezercja Wakemana i fatalne w skutkach odejście Andersona. Ich miejsce zajęli niespodziewanie znani dotychczas z dyskotekowego BUGGLES Geoff Downes i Trevor Horn. Nagrano LP "Drama".

"Drama" jest płytą nierówną. Od wysokiego poziomu "Machine Messiah" (w praktyce utwór ten jest zbiorem charakterystycznych dla zespołu zwrotów i pomysłów) droga prowadzi poprzez przebojowe "Into The Lens" (jego fragment jest w "Trójce" zwiastunem muzycznej premiery) aż do banalnego w gruncie rzeczy "Tempus Fugit". Zwraca uwagę fakt, iż partie wokalne (Horn i Squire) opracowano wyraźnie pod Andersona, jak gdyby chcąc zatuszować jego nieobecność. Ale w kilka miesięcy po premierze płyty zespołu już nie było.

Trzeci raz zaczynali YES w 1983 roku. Squire poszukiwał wokalisty swego nowo założonego zespołu o nazwie CINEMA. Nieoczekiwany akces Jona Andersona mógł spowodować tylko jedno - etykietkę kinową zastąpiła nazwa o połowę krótsza (tym bardziej, że na bębnach grał Alan White, a na instrumentach klawiszowych Tony Kay'e!). Wraz ze zdolnym gitarzystą-wokalistą Trevorem Rabinem szybko sporządzono album "90125". Ale była to już inna muzyka - za wyjątkiem "staromodnego" Hearts z solówką Kay'a a'la WHITESNAKE i "Our Song", wyjętego jak gdyby z "Tormato" - z nowoczesną harmonią i takim brzmieniem. Może dlatego, że i czasy nastały inne, a z pewnością dlatego, że zespołem zajął się "mag konsolety" - Trevor Horn (spójrzmy na "Leave It"). Jednak ostatni studyjny album YES kojarzy się wszystkim głównie z efektownym szlagierem "Owner Of A Lonely Heart", co zapewne dobrze oddaje plany zespołu.

Nie zerwał on jednak ostatecznie z muzyką o dużym "ciężarze gatunkowym". Świadczy o tym nieudane "90 12 Live - The Solos", z jednej strony dyskontujące wielki sukces "cyferek", z drugiej - dające upust klasyczno-solowym zapędom członków grupy. Zobaczymy, co będzie dalej...

14 płyt YES... Wielka muzyka wielkich artystów. Ale nie tylko oni stanowili o sukcesie. YES to także sławny współproducent dźwięku Eddie Offord oraz nie mniej znany i ceniony plastyk Roger Dean. Jego oryginalna, kojarząca się z prehistorią grafika przez lata towarzyszyła muzyce i humanistycznym tekstom zespołu. Humanistycznym, bo otwarty stosunek do świata wyrażony był w muzyce YES stosowną nazwą, ale i słowami eksponującymi dobrą stronę natury ludzkiej.

Dość zawiłe liryki Andersona (oprócz niego pisywali jeszcze Squire i Howe) ktoś nazwał "niedopieczoną poezją". Chyba jest w tym trochę racji, jednak pamiętać należy, iż Jon jako jeden z pierwszych musiał dostosowywać formę rockowego przekazu do ram rozbudowanej wypowiedzi. Może nie osiągnął takich sukcesów jak np. Peter Gabriel, ale od "My Generation" THE WHO do "Revealing Science Of God" droga wiedzie daleka. I jeszcze jedno: wraz z grupą YES wypowiadał się przede wszystkim  m u z y k ą.





Artykuł wygrzebał Eryk Tink.






Na Yesomanii od 27 kwietnia 2000.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd