Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > FAKTY > HISTORIA

Yes - aspiracje, początki, sukces, rozwój, muzyka...

Wiesław Weiss
Jazz, ok. 1979


Aspiracje

Gitarzysta grupy Yes Steve Howe wyznaje: "Chcielibyśmy, aby naszą muzykę odbierała każda publiczność, bez względu na wiek. Rock nie musi różnić się w tym wypadku od muzyki klasycznej". Aspiracje twórców rocka urosły w ostatnim okresie niepomiernie. O ile w latach 50-tych ich kompozycje cechowała wulgarna wręcz prostota, z biegiem czasu poczęły one przybierać formy coraz bardziej złożone l skomplikowane, często adaptując dla własnych potrzeb osiągnięcia wszystkich Innych gatunków muzyki. Niewymyślne, szablonowe aranżacje zostały rozbudowane, nie ma też już dziś chyba Instrumentu, którego rockowcy nie wykorzystaliby w swych poczynaniach. Także poziom umiejętności muzyków podniósł się bardzo. Na pogłębienie stopnia wyrafinowania rocka wpłynęły również, stworzone przez nowoczesną technikę nagraniową, możliwości kreowania zupełnie nowych zestawień brzmieniowych. Powszechnie uważa się, ze pierwszym znaczącym sygnałem artystycznych ambicji twórców rock'n'rolla była płyta Beatlesów "Sgt Pepper"(1967), ten album, firmowany przez zespół o masowej popularności, uświadomił wszystkim odbiorcom pop dokonujące się zmiany. Muzyka, którą zaczęto nazywać art-rockiem, bądź też rockiem symfonicznym miała już wtedy wiernych apostołów (Moody Blues, Procol Harum, Nice), w latach 70-tych można mówić o jej eksplozji. Do głównych wykonawców zaliczyć trzeba Emerson Lake & Palmer, Genesis, Yes, King Crimson, Gentle Glant i Roxy Music w Wielkie] Brytanii, Focus w Holandii oraz Kansas w Stanach. Osobny nurt rozwinął się w RFN na gruncie fascynacji twórczością Stockhausena.

Pojawienie się art-rocka przyjęto z optymizmem. Angielski muzykolog Meirion Bowen pisał w 1970 roku, że ten kierunek poszukiwań "powinien okazać się bardziej wartościowy niż wiele innych". Rangę nurtu podnosił fakt, że włączyli się do niego nowocześni kompozytorzy ze świata współczesnej muzyki poważnej, tacy jak David Bedford czy Peter Maxwell Davles. Ale nie wszyscy obserwatorzy kierunku byli nim zachwyceni i pojawiły się wypowiedzi krytyczne. padły zarzuty o zdradę wobec istoty rock'n'rolla, który w momencie narodzin miał w sobie coś z prostoty i szczerości twórczości ludowej, miał świeżość i ekspresję, a teraz zaprzedawał to wszystko, strojąc się w piórka artystycznej powagi i doniosłości. Pisano też, że ten odłam rocka odcina się od wyobraźni muzycznej swojej publiczności, nie dając w zamian nic nowego, gdyż pozostaje eklektyczną mieszaniną różnych treści.

Sceptycyzm charakterystyczny jest zwłaszcza dla opinii pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, gdzie rock'n'roll się narodził, a omawiany nurt, tak rozwinięty w Europie, na szerszą skalę nie przyjął się. John Hockwell z dwutygodnika "Rolling Stone" wyjaśniając taki stan rzeczy doszukiwał się źródeł art-rocka w zniewalającym wyobraźnię młodych twórców europejskich poczuciu niższości wobec zastanych wartości kulturowych. Młoda sztuka amerykańska natomiast nie nosi jeszcze jego zdaniem "kulturowego garbu". Nieco Inny pogląd reprezentują sami muzycy. Mówi Jon Anderson, wokalista Yes: "Zespoły angielskie nie mają korzeni, gruntu pod nogami, dziedzictwa, które jest bogactwem grup zza Oceanu. U źródeł rock'n'rolla leży bowiem muzyka rdzennie amerykańska - rhythm'n'blues, country and western, kiedy my znamy go jako uformowaną już hybrydę. Pamiętanie europejskiej klasyki, analiza jej strukturalnej złożoności może zastąpić grupom brytyjskim ten brak rockowej tradycji."

Początki

Grupa Yes wystartowała w Birmingham w październiku 1968. Popularność przyniósł jej dopiero trzeci album z roku 1971. U szczytu sławy, w 1973 r, opublikowała trzypłytowy zbiór nagrań koncertowych "Yessongs" (Atlantlc), który stanowił pierwszą próbę podsumowania dotychczasowego dorobku. Ciekawe, że ten obszerny wybór nie zawierał ani jednego utworu z początkowego okresu działalności, z lat 1969-70. Chris Squire wyjaśniał to dość enigmatycznie twierdząc, że dopiero wraz z "The Yes Album" (1971) zespól wkroczył "na właściwą drogę". Słuchając wcześniejszych nagrań grupy łatwo jednak zrozumieć to określenie. Właściwie jedynie dudniący bas Squire'a i charakterystyczny glos Andersona przywodzą na myśl późniejsze dokonania zespołu. Ponadto pierwsze płyty: "Yes" (Atlantic, 1969) i "Time And A Word" (Atlantic, 1970) zawierały wiele utworów napisanych i wykonywanych uprzednio przez innych wykonawców. Pierwsze kompozycje własne, głównie spółki Anderson-Sauire, to z reguły proste tematy opracowane w sposób dość interesujący, choć wiele pomysłów nawiązuje do the Nice. Do nagrania drugiej płyty zespól przystąpil wraz z orkiestrą. Jednak dopiero na trzeciej znajdzie Yes oryginalną koncepcję brzmienia, bez aparatu symfonicznego.

Dwa lata po wydaniu "Yessongs" ukazał się inny album wspomnieniowy "Yesterdays" (Atlantic, 1975), tym razem złożony ż owych wczesnych, niedocenionych początkowo nagrań. Decyzja o publikacji płyty miała niewątpliwie podłoże komercyjne, ale była też formą rehabilitacji pierwszych nagrań.

Sukces

Pierwsze płyty grupa zrealizowała w następującym składzie: Jon Anderson - voc, perc, Chris Squire - bg, voc, Peter Banks - g, voc. Tony Kaye - org, p, Bill Bruford - dr, vib. W 1969 Banks odszedł, na krótko zasilił Blodwyn Pig, później utworzył własny zespół Flash. Trzecią płytę, zatytułowaną "The Yes Album" (Atlantic, 1971), kwintet z Birmingham nagrać musiał z nowym gitarzystą. Został nim Steve Howe, muzyk o dużym doświadczeniu zdobytym u boku Keitha Westa w pamiętnej grupie brytyjskiego "podziemia" - Tomorrow. Album dowodził wzbogacenia muzyki Yes, ale zmiana gitarzysty wpłynęła na to w niewielkim stopniu. Howe uczestniczył w nowym dla siebie przedsięwzięciu nie bez onieśmielenia i w niektórych tylko nagraniach ("Yours Is No Disgrace", "Perpetuał Change" i wykonanym solo "The Clap") uwalniał się spod wpływu stylu poprzednika. "The Yes Album" zawierał już wyłącznie kompozycje własne członków zespołu. Tu też Kaye wykorzystał po raz pierwszy syntetyzer. Ale większe konsekwencje miało nawiązanie współpracy z producentem płyt Eddie Offordem. Jego wyobraźnia pomogła grupie zamknąć muzyczne pomysły w formy bardziej konsekwentne i logiczne niż dotychczas, przydać brzmieniu gęstości.

Album był w Wielkiej Brytanii przebojem. Nagła popularność utrudnia często muzykom dalszy rozwój, zmuszając ich do walki o podtrzymanie gwiazdorskiego statusu za wszelką cenę. Nic dziwnego, że Steve Howe zastrzegł się: "Nie jesteśmy w stanie odtworzyć klimatu "The Yes Album" jeszcze raz, tak jak Beatlesi nie mogli zrobić drugiego "Sgt Peppera". Ich późniejsze plyty były inne i lepsze na swój sposób. Każdy kolejny album Yes będzie inny". Obawy okazały się płonne, a przynajmniej przedwczesne. "Fragile" (Atlantic, 1971) potwierdził popularność zespołu, a pochodzący z tego longplaya utwór "Roundabout" zdobył rynek amerykański. Płyta zawierała muzykę obfitującą w ciekawe rozwiązania brzmieniowe. Początkowo istniał projekt ponownego wykorzystania orkiestry, ale zrezygnowano z tego, gdy miejsce Kaye'a, który stanął na czele grupy Badger, zajął Rick Wakeman (absolwent Królewskiego Konserwatorium w Londynie). Jego obszerne instrumentarium - organy, fortepian, klawesyn, różnego typu mellotrony i syntetyzery - stwarzało szerokie możliwości kolorystyczne. Często podkreśla się takt, że Wakeman wniósł do zespołu wyobraźnię muzyczną świata klasyki, zapominając że jest on także wytrawnym muzykiem rockowym, grał z grupą Strawbs, brał udział w sesjach Cat Stevensa, Davida Bowie, T. Rex i wielu innych. Wakeman doskonale pasował do Yes, choć jego nagranie solowe, parafraza Brahmsa, było najsłabszym fragmentem "Fragile".

Rozwój

Chris Squire zapytany o źródła popularności zespołu, powiedział wówczas: "Widocznie publiczność odnajduje w naszej muzyce zarówno element intelektualny jak i emocjonalny". W najbliższym czasie pierwszy miał przysłonić drugi. Yes, upominani przez prasę rockową, domagali się jednak prawa do niczym nieskrępowanej kreacji twórczej. "Choć szczerze zazdrościmy grupom, których muzyka jest niewymuszenie prosta, myślę że w naszym wypadku rozmyślne uproszczenie formy wypowiedzi byłoby nieuczciwe wobec publiczności". Płyta "Close To The Edge" (Atlantic, 1972) przez wielu uznana została za największe osiągnięcie Yes. Tytułowy utwór wypełnił cala stronę albumu i przygotowany został z ogromnym nakładem pracy. Nagrania trwały 2 miesiące. Wspomina Wakeman: "Pamiętam, że kiedy grałem ze Strawbs, potrafiliśmy zakończyć pracę nad płytą w ciągu jednego dnia. Kiedy Yes zjawia się w studio, mamy co prawda wszystko przećwiczone, ale każdy nowy pomysł wpłynąć może na zmianę założeń. Dlatego też wydłuża się czas nagrań".

Dowodem zainteresowania pracą w studio był już utwór "We Have Heaven" z "Fragile", gdzie partie wokalne poddano skrupulatnej obróbce technicznej. Efekt był niezwykły ale jego mechaniczny charakter mógł budzić sprzeciw słuchacza. Wielu wykonawców poszło- tą. drogą, przykładem Queen, 10cc, czy Electric Light Orchestra, ale nikt nie dal w rezultacie muzyki tak wyrafinowanej jak Yes przy okazji kolejnego albumu. Zanim pojawił się on na rynku, seria wywiadów z członkami zespołu zapowiadała, że będzie to zbiór inny niż poprzednie. Steve Howe mówił: "Nie chciałbym, żeby nasza grupa utraciła kontakt z otoczeniem, ale niebezpieczeństwo minęło. Muzyka jest dla ludzi, którzy jej słuchają i myślę, że płyta "Tales From Topographic Oceans" wychodzimy publiczności naprzeciw." Alan White, nowy perkusista znany już z "Yesssongs" (Bruford odszedł do King Crimson), zapowiadał: "Muzyka Yes będzie teraz cieplejsza i mniej wydumana".

Album (Atlantic, 1973) zawierał 4 długie utwory na 2 płytach, tematycznie stanowił pewną zamkniętą całość. Ogromny, pretensjonalny tekst Andersona i Squire'a zdominował charakter zamierzenia. Anderson wyjaśniał: "Część pierwsza poświęcona jest objawieniu Boga, radości płynącej z uznania Jego obecności, druga mówi o pamiętaniu - wtasnego życia, jak i kulturowego dorobku ludzkości, trzecia skupia się na kilku cywilizacjach starożytnych, a czwarta zajmuje się rytuałem życia i wykorzystuje egzotyczne motywy religijne." Nagranie trwało 8 miesięcy. Wbrew zapowiedziom powstała muzyka skomplikowana, zdaniem wielu nużąca. Grupa broniła jednak swego utworu: "Padają zarzuty, że za wszelką cenę chcemy zadziwiać ludzi umiejętnościami. Naszą muzykę tworzymy zawsze z nadzieją, że przemówi do słuchaczy. Nawet jeśli poprowadzi Ich w kierunku, którego być może sami nie wybraliby". Kolejny album "Relayer" (Atlantlc, 1974) przyniósł tylko jedną zmianę. Odszedł Wakeman.

Muzyka

Kiedy zespól Yes rozpoczynał działalność, w jego muzyce odbijała się cała rozmaitość rocka lat 60-tych - czarny soul, amerykańska heavy-metal-music (zwłaszcza Vanilla Fudge), lecz także europejski rock symfoniczny (Nice). W rezultacie zainteresowania ostatnim z wymienionych kierunków grupa sięgała również do muzyki poważnej - polifoniczna faktura utworów klasycznych zainspirowała wielowarstwową melodykę nagrań Yes. Ale wszystkie fascynacje znalazły w działalności zespołu bardzo indywidualny wyraz. Przykładem wokalistyka Andersona, który wiele słuchał śpiewu Otisa Reddinga i Niny Simone, ale choć uczył się od nich, pozostał oryginalny. Decyduje o tym nie tylko głos o niepowtarzalnej barwie, ale także specyfika tekstów, które pieśniarz pisze sam, operując słowami pod kątem ich brzmień i dynamiki.

W grupie nie ma solisty, nie ma muzyka, który w jakiś sposób zdominowałby pozostałych. Mówi Anderson - "Yes to zespół bardzo demokratyczny, każdy album stanowi rezultat wielu indywidualnych pomysłów, wspólnie opracowanych. Geniusze pokroju Zappy kierują swymi grupami aby realizować własne zamierzenia twórcze. W naszym zespole taka formuła jest nie do pomyślenia". Nie oznacza to, że członkowie Yes nie odczuwają potrzeby wypowiedzi bardziej osobistej. "Każdy z nas chciałby robić coś innego, ale czujemy siłę, jaką ma nasz zespół i pragniemy grać razem jeszcze przez wiele lat".

Moraz

W 1975 wszyscy członkowie Yes wydali płyty solowe. Żaden z albumów nie osiagnął jednak poziomu nagrań wspólnych. Wyjątkiem był może znakomity zbiór Alana Whlte'a "Ramshackled" dowodzący nie tylko umiejętności perkusisty (doświadczenia zdobywał jako muzyk studyjny, zanim dołączył do Yes grał z Lennonem, Cockerem i innymi gwiazdami rocka), ale także ogromnej fantazji. Dużo wcześniej niż koledzy spróbował swoich sił jako solista Rick Wakeman. Sukcesy jego indywidualnych nagrań sprawiły, że w czerwcu 1974 zdecydował się opuścić Yes. Zastąpił go Patrick Moraz z tria Refugee. Tak jak Wakeman ma on gruntowne wykształcenie muzyczne, okazał się jednak bardziej liryczny niż jego poprzednik, wniósł też pewien element ilustracyjności, dotychczas właściwie obcy muzyce Yes. Zanim związał się z tym zespołem, skomponował i nagrał z własną grupą Mainhorse muzykę do blisko 30-tu filmów.

Początek współpracy był dla szwajcarskiego muzyka okresem trudnym. "Znajomi ostrzegali mnie, że grać z Yes to jakby wstąpić do wojska. Muzyka jest zdyscyplinowana i bardzo precyzyjna". Album "Relayer" mógł świadczyć o tym, że Moraz pokonał wszystkie trudności. Ale kiedy grupa przybyła do Montreux z zamiarem nagrania kolejnej płyty, pojawiły się nowe problemy. Opowiada Anderson: "Chciałem, żebyśmy tym razem weszli do studia i zaczęli raczej grać, niż rozmawiać o tym co ma być zrobione. Niekiedy czterej ludzie rozumieją się bez stów, a piąty nie bardzo, oznacza to początek dyskusji". Patrick Moraz opuścił zespół. Nie wiedział zresztą, że już od kilku miesięcy rozważana była możliwość odnowienia współpracy z poprzednim pianistą.

10 LAT

"Powrót do grupy to najlepsza decyzja jaką podjąłem w życiu" - twierdzi Rick Wakeman. Już z jego udziałem nagrano w Montreaux album "Going For The One".

Mówi Anderson: "Zrozumiałem, że przez długi czas, w okresie "Topographic Oceans", byliśmy zapatrzeni w siebie, nasza muzyka była skierowana do wewnątrz. "Relayer" powstawał z tym samym uczuciem, że grupa może próbować wszystkiego bez oglądania się na słuchaczy". Wraz z "Going For The One" (Atlantic, 1977) powrócił prosty dynamiczny rock, z wyraźnie zarysowanym rytmem, zagrany z dużą siłą. Ograniczono czas studyjnej obróbki materiału. Ten album zespół nagrał sam, zrywając długoletnią współpracę" z Eddie Offordem. Zmianę widać także w tekstach, Anderson zstąpił na ziemię. Nawet okładka płyty jest zupełnie inna niż dotychczas. Grupa po raz pierwszy od wielu lat nie zwróciła się o wykonanie projektu koperty (oraz oprawy plastycznej koncertów) do Rogera Deana, którego naiwna, choć nie pozbawiona wdzięku grafika przez lata towarzyszyła muzyce Yes.

"Going For The One" oznaczał zmianę kierunku. Kolejny album, opatrzony dziwacznym tytułem "Tormato" (Atlantic, 1978) i zamykający jak na razie 10-letnią historię zespołu, potwierdził odświeżenie formuły. Recenzent tygodnika Melody Maker Chris Welch pisał: "Jakże funky brzmi "Release Release", najbardziej dynamiczny rock'n'roll jaki Yes kiedykolwiek nagrał. Ten utwór oddaje najlepiej nastrój beztroskiej swobody, przywalany przez grupę, która odzyskała siły. Lubię nowy album bardziej niż poprzednie ze względu na jego różnorodność, żywe, spontaniczne uczucie i świeżą, napastliwą energię, która w przeszłości często ginęła wśród mechanicznych efektów nagrania. Zespól osiągnął szczyt". Pełna emfazy recenzja Welcha wyolbrzymia zapewne sukces grupy. Zespól zaufał tym razem własnej intuicji, rezygnując z wygładzania materiału z rzemieślniczą cierpliwością przez długie miesiące.

Publiczność przyjęła nowe nagrania Yes z dużym zainteresowaniem, a sukces singli, nie tylko albumu, jest świadectwem pozyskania nowych entuzjastów.


Wiesław Weiss


(Wypowiedzi muzyków pochodzą z wywiadów publikowanych przez Melody Maker w latach 1972-78).




Artykuł dostarczył Michał Greupner. Bardzo dziękuję!






Na Yesomanii od 12 lutego 2000.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd